piątek, 16 września 2016

Mozart i młoda gwiazda - "Lucio Silla" z La Scali

„Lucio Silla”, dzieło 16-letniego Mozarta pojawia się czasem na światowych scenach, bardziej chyba ze względu na nazwisko autora niż na szczególną wartość. Oczywiście, zawiera mnóstwo muzycznych piękności, ale libretto jest konwencjonalne do bólu (nawet jak na Metastasia)  a opera dłuży się niemiłosiernie. Właściwie zetknęłam się z tym dziełem tylko raz, wiele lat temu i było to dobre nagranie NRD-owskiej Eterny  z Peterem Schreierem, Arleen Auger, Helen Donath i Julią Varady. Powrót do utworu po długim czasie okazał się tyleż przypadkowy co interesujący. Szukałam w sieci wiadomości o bieżącym kalendarzu pewnej śpiewaczki i trafiłam na kompletną wersję video „Lucio Silli” z La Scali. Spektakl miał premierę w Salzburgu w 2013 i stanowi ł wówczas ciekawostkę ze względu na Rolando Villazona w roli tytułowej. Dwa lata później produkcja trafiła do Mediolanu z tym samym dyrygentem, ale w większości inną obsadą. Reżyser  Marshall Pynkosky słusznie postawił na charakterystykę postaci  przeprowadzając ją w pełnej zgodzie z biegiem wydarzeń i poległ tylko przy okazji Silli, ale to należy mu wybaczyć – paskudny tyran doznający w finale niewytłumaczalnego ataku łaskawości  uwiarygodnić się nijak nie da. Natomiast trzeba podziwiać w jaki sposób Pynkosky wraz ze swymi śpiewakami zdołał tchnąć życie w postaci niesłychanie konwencjonalne – Niezłomną Heroinę Giunię, Walecznego Amanta Cecilia, Wiernego Druha Cinnę  i Sprytną Kokietkę Celię. Wszyscy oni nie wychodząc z ram nakreślonych tekstem libretta są ludzcy i w swych zachowaniach wiarygodni. Oczywiście, główną zasługę położył już wcześniej Mozart, ale reżyser zrobił dla tej opery co się dało. Zabieg przeniesienia akcji ze starożytnego Rzymu do czasów, w których rzecz powstała  w niczym nie zaszkodził, a wręcz wydał mi się usprawiedliwiony. Sam tekst jest wszak znakomitym świadectwem mentalności drugiej połowy osiemnastego wieku. Scenografia, oszczędna ale funkcjonalna i piękne kostiumy  dopełniły miarę sukcesu tej inscenizacji. Marc Minkowski dokonał  zabiegów nieco kontrowersyjnych, jako, że ingerencja w partyturę z założenia musi być za taką uznana. Dyrygent trochę ją podstrzygł, pozbył się rzeczywiście niczego niewnoszącej postaci Audifia  zaś Silli, którego partia oryginalnie nie wygląda imponująco zapewnił finał godny protagonisty uzupełniając ją o arię Johanna Christiana Bacha „Se al generoso ardire”. I wszystko to zadziałało zgodnie z planem. Dawno nie zdarzyło mi się słuchać i oglądać mozartowskiej opery zrealizowanej tak znakomicie pod każdym względem. Za Minkowskim i jego swobodnym, energicznym i wiecznie młodzieńczo (w najlepszym tego słowa sensie) entuzjastycznym, ale podpartym wiedzą i wielkim talentem dyrygowaniem przepadam nie od dziś. Najwyraźniej potrafił tymi cechami zarazić nie tylko własny zespół, ale także Orkiestrę La Scali. Część solistów pochodzi z grupki jego protegowanych i wszyscy są świetni. Nieznana mi wcześniej Giulia Semenzato brzmi bardzo obiecująco i jak na sądząc po wyglądzie młody wiek osiągnęła już wysoki stopień biegłości wokalnej podparty osobistym urokiem i aktorskimi umiejętnościami. Miałam wrażenie, że ona lubi być na scenie i kreowanie cwanej bestyjki sprawia jej dużo radości. Inga Kalna  nie okazała się atrakcyjna jako postać, bo przeszkadzały jej w tym warunki naturalne. Na szczęście wyrównała ten brak interpretacją i doskonałą formą głosową. Chorwacki tenor Kresimir Spicer  był  nie tylko miłym kontrapunktem dla czterech pań, ale też słuchałam jego ciepłego, przyjemnego w barwie głosu z przyjemnością, nawet , jeżeli nie było najbardziej eleganckie śpiewanie wieczoru. Karierę Lenneke Ruiten obserwuję już od jakiegoś czasu ku swej ogromnej satysfakcji, bo jest to śpiewaczka obdarzona nie tylko pięknym głosem, ale też stylowa i  precyzyjna . Rola Giunii w jej interpretacji to prawdziwy majstersztyk – przejmująca i wiarygodna w każdym dźwięku.  Po tych wszystkich zachwytach i komplementach wystawiłam się na poważne ryzyko braku przymiotników, bo na koniec zostawiłam sobie to, co najlepsze. Marianne Crebassa  zasługuje na porównanie z najwspanialszymi koleżankami z przeszłości i wcale na nim nie traci. Po pierwsze: głos. Jest piękny, połyskliwy  w wyjątkowo swobodnej górze i średnicy, głęboki w dole skali.  A dalej mamy nienaganną technikę, styl, klasę i umiejętność nasycenia śpiewu dokładnie taką dawką emocji, jakiej rola wymaga. Ażeby obraz dopełnić, trzeba jeszcze wspomnieć o scenicznej charyzmie i doskonałej prezencji. Oczywiście te zalety już ładnych parę lat temu zostały dostrzeżone, Crebassa  ma na koncie sporo międzynarodowych nagród ( poszukiwanie właśnie jej terminów doprowadziło mnie do „Silli”). Jeśli nie znacie tej niespełna 30-letniej śpiewaczki  skorzystajcie z linków. Pierwszy prowadzi do całego spektaklu, drugi także do pełnego zapisu mozartowskiej gali pod batutą Minkowskiego (2012) z kilkorgiem jego młodych protegowanych. A kolejne spotkanie z Marianne Cebassa można sobie zafundować od 27 września wieczorem – wtedy to Opera Platform pokaże „Wesele Figara” z Amsterdamu, dostępne potem do końca marca 2017. Obsada świetna, trailer wysoce obiecujący. Debiutancki recital płytowy pod wiele mówiącym tytułem "Oh, boy!" ukaże się 28 października.
https://www.youtube.com/watch?v=LowjKtD9H-Y
https://www.youtube.com/watch?v=m-fmlhH2Bcg
https://www.youtube.com/watch?v=zE3itZ6eZnI









2 komentarze:

  1. :) Krzepiące, że wciąż się takie spektakle zdarzają, prawda?

    OdpowiedzUsuń