niedziela, 16 lipca 2017

"Don Giovanni" w Aix-en-Provence

Sama nie mogę w to uwierzyć, ale od ponad półtora roku nie miałam do czynienia z żadną nową produkcją „Don Giovanniego”. Odstawienie ulubionej używki nie wynikało z mojej chęci ani decyzji, koniec okresu wymuszonej abstynencji powitałam więc z radością i nadzieją. W dniach poprzedzających transmisję z Aix-enProvence apetyt wzrastał, dokarmiany kolejnymi entuzjastycznymi recenzjami zarówno o muzycznej, jak wizualnej stronie spektaklu. Zaciekawiły mnie zwłaszcza doskonałe świadectwa wystawiane Phillipe Sly’owi , bo, jak ostatnio nieskromnie ale trafnie powiedział Mariusz Kwiecień czas już, aby on i Peter Mattei mieli jakąś konkurencję w roli tytułowej. Tymczasem światowe sceny zaludniają legiony Don Giovannich przeciętnych, takich sobie i kiepskich, zdarzają się nawet całkiem nieźli. Świetnych jak tych dwóch – wciąż brak. Obejrzałam, wysłuchałam i jedno wiem na pewno: jeszcze nie tym razem. Już początek przedstawienia nie nastroił mnie pozytywnie, bo nie przepadam za „zagadywaniem” uwertury, a w tym wypadku było ono dosyć nonsensowne, bo polegało na bezładnym przemieszczaniu się bohaterów do scenie i przyjmowaniu póz. Podobny manewr zastosowano w czasie antraktu. Oczywiście, cel takich zabiegów jest jasny – ma nas uczynić częścią świata przedstawionego lub odwrotnie, opowiadaną historię wprowadzić do świata naszego ale mnie się to zawsze wydawało sztuczne. Temu samemu służył zapewne brak scenografii (puste deski sceny, kilka rekwizytów i kolorowe żarówki pokazywane tak często na zbliżeniach, że pewnie miały coś znaczyć) i kostiumy zawieszone w bezczasie gdzieś pomiędzy dawnym a współczesnym. Ze spraw ogólnych dało się też zauważyć likwidację barier klasowych: Giovanni i Leporello są raczej kumplami niż panem i sługą zaś para plebejska jest przez bohaterów arystokratycznych traktowana jak im równa. To tylko na pozór ma niewielkie znaczenie, bo jednak okazuje się częścią większej koncepcji, w której Don Giovanni nawet nie tyle jest łotrem, co dosadnie i kolokwialnie powiedziawszy dupkiem. Nie ma ani odrobiny klasy, brak mu manier (nawet powierzchownych), stylu. Jedyne co ma, to fizyczna atrakcyjność. I mogłabym tę koncepcję przyjąć bez oporu, gdyby nie rujnował jej nonsensowny , pretensjonalny ponad moją wytrzymałość finał  z Giovannim upozowanym na Chrystusa. Szkoda, bo znalazło się w tym przedstawieniu sporo elementów i scen, które warto docenić. Przede wszystkim prostą konsekwencją ustawienia postaci tytułowej jest mocne podkreślenie dramatycznych konsekwencji, jakie czyny Don Giovanniego mają dla jego ofiar, bo tak – one są tym właśnie. Przy okazji zyskuje postać Donny Anny, oczyszczona z niegodnych podejrzeń, że „sama chciała i obłudnie udaje przed narzeczonym by ocalić honor i pozór cnoty”. Anna jest w autentycznej depresji i chociaż kocha Don Ottavia, musi mieć czas na dojście do równowagi. Po prostu! Mamy też w spektaklu kilka pięknych obrazów , na przykład Don Ottavia z zazdrością patrzącego z boku na czułości Zerliny i Masetta czy donnę Elvirę tulacą z rozpaczą pijanego do nieprzytomności Giovanniego. I gdyby Jean-François Sivadier nie zniszczył pozytywnych wrażeń finałem, zapisałabym tę produkcję, mimo już wyłuszczonych zastrzeżeń po stronie « ma », czego niestety zrobić nie mogę, przynajmniej jeśli chodzi o inscenizację. Muzycznie sprawa również nie jest całkiem prosta ze względu na tytułowego bohatera. Philippe Sly opisywany jest jako bass-baryton, ale brzmi jak bardzo liryczny baryton. Dysponuje głosem tak delikatnym, że nie zawsze przebija się przez muzykę, a przecież Le Cercle de l'Harmonie to nie grzmiąca orkiestra symfoniczna ! Poza tym barwa tego głosu nie uwodzi urodą, mnie przeszkadza w nim jeszcze drobne wibrato zwane potocznie groszkiem. Wszystko to byłoby jednak mniej ważne, wszak gusta są różne, gdyby nie brak jakiejkolwiek kreacji wokalnej, gdyby wszystko nie zostało zaśpiewane tak samo kiepsko. Przykłady ? Proszę bardzo : wyskandowane raczej niż śpiewane « La ci darem », straszliwie niechlujne « Fin.. » (dykcja żadna, tekst prawie niezrozumiały), monotonne « Meta di voi ». Zastanawiałam się nad licznymi pochwałami ze strony mediów i doszłam do wniosku, że fizyczność Sly’a (wysoki, długonogi, ładnie umięśniony, z rudawymi blond lokami i miedzianą bródką)  tak zaabsobowała niektórych recenzentów, że zapomnieli go posłuchać.  Publiczność  w Aix chyba nie zapomniała – Sly dostał wprawdzie solidne brawa (zasużył chociażby doskonałą kreacją aktorską), ale jednak wyraźnie mniejsze niż wszystkie koleżanki i Nahuel di Pierro. Ten ostatni jako Lepporello ukradł tytułowemu bohaterwi uwagę widowni, bo był po prostu świetny – wokalnie i interpretacyjnie. To samo można powiedzieć o wszystkich paniach : Eleonora Buratto jako Donna Anna, Isabel Leonard jako Donna Elvira i Julie Fuchs jako Zerlina wszystkie stworzyły znakomite, kompletne kreacje wokalno-aktorskie  i słuchało się ich z dużą satysfakcją i przyjemnością. Pavol Breslik miał problemy z ozdobnikami w « Il mio tesoro », ale jego Don Ottavio mógł się podobać, zwłaszcza, że artysta wyposazył go w spore pokłady ciepła i uroku osobistego, któredo ta postać zazwyczaj nie ma. Pochwały należa się także najmłodszemu (1990)  w młodej obsadzie Krzysztofowi Bączykowi. Masetto nie ma wiele okazji do popisania się, ale nasz bas nie tylko śpiewał bardzo dobrze, ale też doskonale grał i pokazał swojego bohatera jako mężczyznę kochającego i sympatycznego. Najmniej przekonania mam do Komandora Davida Leigha – wydał mi się tylko w porządku. Lubię w tej roli przepastne, głebokie, zaświatowe basy, a Leigh takiego nie ma. Jérémie Rhorer poprowadził swój zespół  Le Cercle de l'Harmonie zgodnie ze współczesnymi tendencjami w szybkich tempach, ale nie zagonił fragmentów lirycznych. Może tylko fenomenalna uwertura nie zabrzmiała z taką dramatyczną mocą jak powinna. Ogolnie, mimo wszystkich zastrzeżeń i braku Don Giovanniego z prawdziwego zdarzenia polecam ten spektakl ze względu przede wszystkim na zalety wokalne tercetu pań dopełnionego przez Nahuela di Pierro i Krzysztofa Bączyka.  









12 komentarzy:

  1. Przedstawienia jeszcze nie widziałam, ale dziś nadrobię. Szkoda, że współcześnie tak ciężko o kogoś klasy Kwietnia w tej roli. A tak z innej beczki - oglądałaś wczorajszą transmisję Turandot z ROH? Przez miesiąc będzie dostępna na youtube. Przyznam, że sama włączyłam głownie dla Kurzak debiutującej jako Liu, i rzeczywiście, zdecydowanie ukradła całe show. Piękny występ, zresztą dostała chyba największą owację. Ogólnie jednak jestem rozczarowana spektaklem, Alagna stanowczo najlepsze lata ma już za sobą. Od samego początku miałam wrażenie, że jest zmęczony. Lindstrom natomiast to kompletnie nie moja bajka. Krzykliwa, niespójna, prawie całkowicie pozbawiona dołu, a to nieco razi. Zastanawiam się, czy naprawdę nie ma obecnie żadnej innej śpiewaczki, która udźwignęłaby tę rolę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie próbowałam tej "Turandot". Alagna już od jakiegoś czasu bierze się za role o kilka numerów za duże, to się mści. Lise Lindstrom słyszałam w Warszawie jako Sentę i zgadzam się w jej ocenie stuprocentowo.Inna śpiewaczka jest, ale Nina Stemme nie może śpiewać wszędzie. Niedługo Turandot zacznie śpiewać Anna Netrebko - na koncertach aria wychodzi jej dobrze. Byle tylko głosu nie zdarła.

      Usuń
    2. Właśnie skończyłem pisać o tym spektaklu - generalnie zgadzam się, że Kurzakowa ukradła show. Niestety, nie miała trudnego zadania, bo Lindstrom i Alagna byli fatalni. Jednak największą gwiazdą spektaklu był dyrygent, dawno nie słyszałem tak dobrze prowadzonej "Turandot" :)

      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
    3. O, to chyba w końcu obejrzę. Dobry dyrygent w "Turandot" jest na wagę złota.Pozdrawiam i oczywiście zajrzę przeczytać tekst.

      Usuń
  2. Przepraszam za pomyłkę, transmisja była przedwczoraj, tj. 14 lipca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Inscenizacja, no hmmm ... Ale większość głosów świetna. Dobrze się słuchało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, mnie też, ale jednak "Don Giovanni" bez Don Giovanniego ...

      Usuń
  4. "Przy okazji zyskuje postać Donny Anny, oczyszczona z niegodnych podejrzeń, że „sama chciała i obłudnie udaje przed narzeczonym by ocalić honor i pozór cnoty”. Anna jest w autentycznej depresji i chociaż kocha Don Ottavia, musi mieć czas na dojście do równowagi. Po prostu!"
    A już myślałam, że takie cuda się nie zdarzają (w znaczeniu, że wszyscy reżyserowie robią z niej taką czy inną puszczalską...). Bardzo mnie ciekawi, w jaki sposób to pokazano.

    Teraz mi do szczęścia tylko brakuje Don Ottavia śpiewającego "Dalla sua pace" nad katafalkiem/trumną z Komandorem, bo w sumie obaj panowie mogliby się podpisać pod słowami tej arii..

    OdpowiedzUsuń
  5. Spłakałam się ze śmiechu. Ale gdzieś w zakamarku mózgu czai się obawa, że jakiś nowomodny reżyser tak kiedyś zrobi. Wtedy ewentualnie trzeba po jakieś tantiemy, w końcu się za pomysł należą.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta pusta scena od razu skojarzyła mi się z "Don Giovannim", które w Aix 20 lat temu zrobił Peter Brook. Ale Brook potrafił wyczarować w wyobraźni widza wszystko, a u Sivadiera już tak nie jest. Ja się po prostu nudziłem. Do tego stopnia, że nie dotrwałem do końca, dzięki czemu oszczędzono mi tej sceny "chrystusowej". Bardzo mi się podobał Krzysztof Bączyk, widziałem go już w tej roli w Poznaniu i trzymam kciuki, żeby kiedyś zaśpiewał w Aix (lub na innej dużej scenie) Leporella, bo ma zadatki.
    A co do wspominanej w komentarzach "Turandot", nie zgodzę się, że Alagna był fatalny, ale rzeczywiście Aleksandra Kurzak ukradła show.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Bo to taka rola - dobrze zaśpiewana Liu zawsze kradnie show. Alagna jako Calaf mi się nie podobał.A zapowiadają jego debiut w Bayreuth. Wprawdzie to tylko Lohengrin, ale zawsze ...

    OdpowiedzUsuń