środa, 14 października 2026

Lato festiwalowe 2026 - „Le siège de Corinthe” w Pesaro

Najczęstsze skojarzenie, jakie ma współczesny człowiek gdy pada nazwa Korynt nie jest szczególnie dla tego miejsca pochlebne. Córy Koryntu, antyczne seksworkerki (przy czym był to specyficzny rodzaj tej pracy, mianowicie prostytucja sakralna) wyparły skutecznie z naszej pamięci niezwykle bogate, portowe miasto, któremu w sensie materialnym przez stulecia wiodło się lepiej niż dobrze. A że każdy medal ma dwie strony ten właśnie dobrostan powodował, że miejsce równie długo stanowiło łakomy kąsek dla najeźdźców. Pierwsze znane oblężenie Koryntu odbyło się niemal dwieście lat przed naszą erą, kiedy to napadli nań Rzymianie (198 p.n.e), potem powtarzało się w różnych latach i różnym skutkiem, a napastnikami byli głównie Turcy. Imperium Osmańskie znamy z nieposkromionych apetytów terytorialnych a najsławniejszym z władców podbijających zbrojnie liczne terytoria był noszący nie bez powodu przydomek „Zdobywca” sułtan Mehmet II. On to właśnie stał się mimowolnym bohaterem tekstów literackich (nie byle jakich – między innymi Voltaire’a czy Byrona) a także oper. Gioacchino Rossini uczynił go postacią tytułową swojego dzieła z 1820 roku, ale pierwsza, neapolitańska wersja utworu nie spodobała się publiczności, prawdopodobnie będąc dla niej zbyt nowomodna. 6 lat później kompozytor i jego nowi libreciści Luigi Balocchi i Alexandre Soumet (po francusku) podpisali kolejną odsłonę pod tytułem „Le siège de Corinthe”. Premiera mocno zrewidowanej pod względem muzycznym wersji paryskiej odniosła sukces i dziś mówi się o niej jak o wczesnej grand opera. A co ma do tego nieszczęsny Korynt? Ano … niewiele. Tekst został bowiem zainspirowany wydarzeniami bieżącymi, mianowicie oblężeniem Missolonghi przez Turków w 1826 a Korynt pojawił się w nim na zasadzie skojarzenia ze znaną nazwą i wydarzeniami z wieku piętnastego, kiedy to Mehmet Zdobywca rzeczywiście oblegał greckie miasto. Duża ilość powiązań i odniesień historycznych powoduje nieuchronny chaos, do którego odniósł się Davide Livermore, twórca najnowszej produkcji festiwalowej z Pesaro. Właściwie reżyser i dramaturg w jednym dołożył jeszcze kolejne piętro do tej skomplikowanej struktury pokazując nam współczesnych barbarzyńców z nieodłącznymi smartfonami w rękach i ich ofiary, które wyglądają jak Grecy z czasów antycznych. Z tym, że jest to antyk widziany przez pryzmat wieku dziewiętnastego. Jeśli mieliście okazję obejrzeć kiedyś obrazy Lawrence’a Almy-Tademy to jesteście w domu – tak właśnie , słodko realistycznie i kolorystycznie intensywnie wyglądają projekcje grupy D-Wok stanowiące częściowe tło dla akcji. Podobnie jest z kostiumami (Gianluca Falaschi) postaci greckich. Do kompletu mamy jeszcze scenografię zasadniczą (Eleonora Peronetti, Paolo Gep Cucco) naśladującą jakieś muzealne magazyny zapełnione obiektami sztuki antycznej. Żeby wszystko to razem nabrało sensu widz musi przedrzeć się przez liczne skojarzenia i odniesienia a łatwe to nie jest. Jeśli jednak nie odrobi lekcji pozostanie mu wzięcie fabuły z dobrodziejstwem inwentarza i nieprzejmowanie narzucającym się pytaniom. Sama historia, którą opowiada nam libretto nie wydaje się na szczęście skomplikowana. Realizacja muzyczna stanowi godną, chociaż nie bez wad podstawę dla scenicznej. Wady nie dotyczą prowadzącego z wyczuciem szczegółu Orchestra del Teatro Comunale di Bologna Carlo Rizziego. Słychać, że dyrygent korzystając z wieloletniego doświadczenia potrafi doskonale wyważyć proporcje dźwiękowe i wesprzeć swoich śpiewaków. Mimo skrętu w stronę grand opera to nie jest monumentalna partytura i zwłaszcza za sceny kameralne, intymne należą się dyrygentowi brawa. Wokalnie nie jest to idealne przedstawienie, chociaż ma swoją bezdyskusyjną gwiazdę. Vasilisa Berzhanskaya od pewnego czasu przestawia się na partie sopranowe, co pewnie zostało spowodowane szerszym repertuarem dla tego typu głosu. Idzie jej to dobrze, bo ma po temu warunki – swobodną, promienną górę, świetną koloraturę i ładną, już rozjaśnioną barwę. Wszystkie te zalety są w roli Pamyry obecne i ewidentne. Nic jednak nie poradzę na to, że tęsknię za jej mezzosopranowym czy może raczej kontraltowym wcieleniem, które robiło na mnie większe wrażenie. Sopranów mamy bez liku, wartościowych mezzo znacznie mniej. Adrian Sâmpetrean jako Mahomet II okazał się atrakcyjny wokalnie (dobrze brzmiący, ciepły bas), ale cokolwiek wyblakły scenicznie. Maxim Mironov jako Néoclès (rzadki przypadek w operze – tenor przegrywa z niższym głosem konkurencję o serce protagonistki) nie podbił moich uszu – śpiewał ze słyszalnym wysiłkiem i dosyć monochromatyczną barwą. Wykonawcy partii drugoplanowych : Matteo Roma – Cléomène i Simón Orfila - Hiéros byli w porządku. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń trzy godziny spędzone z tą produkcją nie były zmarnowane i przyniosły mi nieco radości.