poniedziałek, 25 listopada 2013

Upiór w operze - "Nieszpory sycylijskie" z ROH



 Po obejrzeniu „Nieszporów sycylijskich” z ROH stwierdziłam, iż właściwie szkoda było wysiłku solistów i chóru oraz ich męki serdecznej przy uczeniu się (na ogół średnio skutecznym) francuskiej wymowy.  Każdy z nich mógłby śpiewać we własnym języku i jakikolwiek tekst, nic by to nie zmieniło. Akcja sceniczna nie miała bowiem absolutnie nic wspólnego z historią opowiadaną przez libretto zaś postaci zostały naszkicowane  po nowemu. Dyskusja o granicach interpretacji dzieła stała się już męcząca , bo jak wszyscy wiemy po licznych spektaklach regietheatru dziś tych granic nie ma. Problem jednak nie tylko w stosunku reżyserów do prawdziwych autorów, ale także w całkowitym lekceważeniu związku muzyki z tekstem, który w operze powinien być jak najściślejszy.  Z tego rodzą się takie potworki, jak owe „Nieszpory”, których tytuł wobec tego co obserwujemy nie ma najmniejszego sensu ani znaczenia. Ale też nie sensu ani znaczenia poszukiwał Stefan Herheim. On poszukiwał efektu. Gdyby chociaż to osiągnął …. Ale nie, zmontował spektakl z dość wytartych klisz fundując publiczności serię ikonicznych obrazków , które miały chyba stanowić wyrafinowaną grę skojarzeń.Zacznijmy jednak od podstaw, czyli czasu i miejsca akcji. Tu Herheim posłużył się starym chwytem i zamiast na XIII-wiecznej Sycylii znaleźliśmy się w czasach współczesnych Verdiemu, konkretnie w drugiej połowie XIX wieku. Oraz w Operze Paryskiej bo  zabawy metateatralne stały się ostatnio bardzo modne (celuje w tym zwłaszcza Robert Carsen).  Zamiast okupantów mamy żołnierzy , którzy nie wiedzieć czemu zawzięli się akurat na corps de ballet , który dzięki reżyserowi stał się najważniejszą postacią dramatu. Co dało okazję do pokazania nam paru prześlicznie zakomponowanych żywych obrazów a la Degas. Jedna z balerin zostaje już w czasie uwertury zgwałcona przez Monforta i wychowuje dziecko w całkiem zrozumiałej nienawiści do rodzica. I to właściwie jedyne co zostało ocalone z libretta – powikłane stosunki syna i ojca. Reszta jest już „z głowy, czyli z niczego”. Najbardziej zdumiewającą przemianę przeszedł  Procida, który zamiast płomiennym i nieco zaślepionym bojownikiem o wolność Sycylii stał się … baletmistrzem o  wyglądzie stuprocentowego dandysa . I właściwie nie wiadomo , dlaczego to oprawcy w mundurach tak się nad nim pastwią. Podejrzewam , ze podstawowa przyczyna jest natury czystko wizualnej – Erwin Schrott w rozchełstanej, skrwawionej nad miarę koszuli dziarsko prezentuje klatę ozdobioną licznymi, również broczącymi ranami i wygląda nieco jak Cavaradossi…  W piątym akcie Procida przepoczwarza się zastanawiająco – nosi bowiem … czarną krynolinę – tu Schrott ma z kolei możliwość pokazać kuszący dekolt i nienagannie smukłą talię. Na szczęście na sam finał błyskawicznie powraca do męskiej postaci , inaczej zmuszony byłby się kłaniać jako dama. Oczywiście przypomina się tu „Faust” z ROH sprzed kilku lat, w którym kobiece szatki nosił zwalisty Mefisto (Bryn Terfel), ale tam przynajmniej miało to jakiś ironiczny sens i uzasadnienie. W tym spektaklu sensu nie ma, pozostają tylko ładne czasami, a czasami efekciarskie obrazki i gierka typu – gdzie myśmy to już widzieli (czytali)? Elena w żałobie wygląda wypisz wymaluj jak królowa Victoria i piastuje czule nieco nadpsutą głowę zabitego brata (zupełnie jak rozhisteryzowana bohaterka Stendhala). Maski na twarzach są wzięte wprost z „Upiora w operze” . Itd. W takiej sytuacji protagoniści mieli usprawiedliwione trudności w stworzeniu przekonujących , pełnych postaci scenicznych. Powiodło się właściwie tylko Michaelowi Volle, który okazał się gwiazdą wieczoru. Pięknie, mięsiście brzmiący głos, długie, miękkie, właściwe Verdiemu linie wokalne – naprawdę wspaniałe. Erwin Schrott realizował reżyserskie polecenia nie wiedząc chyba dlaczego musi robić to, co robi – nic dziwnego, że nie udało mu się  od strony interpretacyjnej , tu bym go nie winiła. Natomiast za drżący z wysiłku głos ilekroć trzeba było wznieść go choć odrobinę do góry pełną odpowiedzialność ponosi już tylko on. Schrott to w ogóle kolos na glinianych nogach – utalentowany aktor, który muzycznie bywa znakomitym Leporellem, niezłym Figarem i takim sobie Don Giovannim , ale do Verdiego nie bardzo się nadaje. W operze, jeśli trzeba wybierać między dobrym aktorem z kiepskim głosem a dobrym śpiewakiem nieumiejacym grać  - ten drugi jest lepszy. To z kolei przypadek Bryana Hymela, tenora o znakomitym, jasnym, silnym głosie z triumfalną górą, ale nieszczególnych warunkach zewnętrznych (miły, zażywny pan z sumiastym wąsem i bokobrodami) i mimo wysiłków nieprzekonującym scenicznie. Lianna Haroutounian , której już po raz drugi przyszło w tym roku ratować ROH w obliczu nagłego braku sopranu do głównej roli wypadła przyzwoicie, acz nie tak ekscytująco jak poprzednio. Partia Eleny wymaga bowiem dobrej koloratury, której artystka nie posiada, co doskonale było słychać w słynnym bolero. Najmocniejszym punktem wieczoru okazała się – co nie było zaskoczeniem – orkiestra pod batutą Antonio Pappano. Mam wrażenie, że w tym repertuarze Pappano jest dziś najlepszy ze wszystkich, z każdym włoskim spektaklem w ROH jego supremacja staje się coraz wyraźniejsza. Trzeba także pochwalić znacznie wzmocniony chór i doangażowaną z zewnątrz (wobec buntu Royal Ballet i jego choreografa) trupę baletową.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz