niedziela, 9 kwietnia 2017

Saverio Mercadante i jego "Francesca da Rimini"

To wydarzyło się naprawdę. Pod koniec trzynastego wieku młodziutka żona starszego i nieatrakcyjnego męża pokochała z wzajemnością  swego szwagra noszącego nie bez przyczyny znaczący przydomek „Piękny”. Ta miłość była spełniona, przy czym zdrada małżeńska nie okazała się jednorazową ale miała charakter długotrwały i ciągły.  Koniec musiał być żałosny – dowiedziawszy się o wszystkim wściekły pan i władca zabił oboje wiarołomców. Zapewne zrobił to wiedziony napadem szału, ale prawdopodobnie nie miał wielu innych możliwości. Według  ówczesnej świadomości honor możnego rodu i jego samego został splamiony i tę skazę usunąć mogła tylko krew. Całą historię unieśmiertelnił Dante w piątej pieśni „Boskiej komedii” umieszczając kochanków w drugim kręgu piekła jako targanych za życia ziemskimi namiętnościami. Ich zabójca na karę nie zasłużył, przynajmniej zdaniem poety. Dante zainspirował niezliczonych twórców, mniej lub bardziej utalentowanych – do dziś dzieje Francesci da Rimini i Paola Maletesty stały się tematem olbrzymiej ilości dzieł literackich, malarskich i muzycznych. Samych oper osnutych na tym wątku skomponowano około dziewiętnastu, większość z nich kompletnie zapomnianych dziś autorów (jak Feliciano Strepponi, który napisał pierwszą z nich datowaną na rok 1823). Do dziś w repertuarze (i też nieczęsto grywana) trzyma się właściwie tylko werystyczne dzieło Riccarda Zadonai i czasem przemyka przez scenę jednoaktówka Rachmaninowa. Ale – nigdy nie mów nigdy. Ubiegłego lata na 42-gim już Festiwalu Doliny Itrii  (nie mylić z chorwacką Istrią) odbywającym się w przepięknym barokowym miasteczku Martina Franca dano „Francescę da Rimini” Saveria Mercadante. Stali czytelnicy wiedzą, że jest to kompozytor, którego twórczość tropię wytrwale gdzie i jak się da, więc kiedy wydano DVD z zapisem spektaklu oczywiście musiałam się z nim zapoznać. Ciekawość była tym większa, że pierwsze z serii przedstawień stanowiło światową prapremierę opery, która, chociaż powstała 185 lat wcześniej na konkretne zamówienie nigdy nie została wykonana. Mercadante napisał ją w roku 1831 dla jednego z teatrów w Madrycie, gdzie wówczas mieszkał i do dziś nie wiadomo dlaczego rzecz nie dotarła na scenę. Krótko potem powrócił do Włoch, gdzie „Francesca” znalazła się w planach La Scali, ale … sytuacja się powtórzyła! Co legło u postaw niebywałego pecha tej opery do dziś nie wiadomo, ale podejrzewane są spory kompetencyjne między primadonnami tudzież niesprecyzowane intrygi wewnątrzteatralne.  Zniechęcony tym wszystkim Mercadante odłożył rękopis i zajął się bieżącą pracą, a miał jej sporo -  napisał w końcu prawie 60 oper innej twórczości nie licząc. Możliwość sprawdzenia, czy splot przypadków i złej woli ludzkiej słusznie pozbawił jego „Francescę da Rimini” szansy konfrontacji z publicznością była dla mnie nie lada gratką. Libretto autorstwa słynnego Felice Romaniego nie opiera się na poezji Dantego, tylko na pochodzącej z 1818 roku tragedii Silvio Pellico (temat upodobano sobie szczególnie w wieku XIX). Ponieważ o właściwych zdarzeniach wiemy niewiele (tyle, ile przekazał nam Dante), najpierw dramaturg, a zanim librecista starali się jakoś wypełnić akcję „pomiędzy”.  W tekście pozostał więc fatalny trójkąt i scena czytania dziejów namiętności Ginevry i Lancelota (która to wspólna lektura dała kochankom impuls do realizacji miłosnych zapałów), poza tym mamy czystą fantazję. Finalnie nie jest to ani gorsze, ani lepsze od  obowiązującego ówcześnie stereotypu. Za to muzyka Mercadantego ponad przeciętną wybiega na pewno. Stylistycznie można ją określić jako ogniwo leżące gdzieś pomiędzy późnym Rossinim a Bellinim, konstrukcja jest jeszcze , na tym etapie twórczości kompozytora typowa – cavatina, cabaletta, scena, duet, ensemble. Później Mercadante rozwinie znacznie środki artystyczne, do tego stopnia, że znów zacznie się mu przypisywać rolę pośrednika między stylami – tym razem Donizettiego i Verdiego. Na razie jednak partytura kojarzy się głównie z Bellinim. Mamy podobną, niepowstrzymaną inwencję melodyczną i nutkę melancholijnego zamglenia, chociaż gdy trzeba Mercadante  pisze bardzo dziarskie cabaletty. Pięknie też splatają się u niego głosy żeńskie: sopran i mezzosopran (Paolo to rola spodenkowa, podobnie jak Romeo Belliniego).  W Martina Franca zrobiono wszystko, aby oddać sprawiedliwość niesłusznie zapomnianemu mistrzowi i jego dziełu. Pier Ligi Pizzi, któremu powierzono całą koncepcję inscenizacyjną czyli reżyserię, kostiumy i scenografię nie napracował się nad tą ostatnią. Tłem akcji pozostała, jak zawsze w tym miejscu ściana Palazzo Ducale, po bokach umieszczono czarne kurtyny a przed orkiestronem pomost, dzięki któremu śpiewacy bywali czasem bliżej publiczności. I wszystko. Za to przy kostiumach Pizzi sobie poszalał, projektując ubrania nieosadzone w epoce, a jeśli już, to w niewłaściwej. Są to szaty z ducha antycznego, wszystkie właściwie prezentują się podobnie, zasadnicze różnice polegają na barwach – Francesca nosi namiętną czerwień, Paolo czerń i szafir, Lanciotto czerń i żółć (zazdrość!), Guido biskupi fiolet. Do tego mamy balet w bieli i chór w czerni. Zasadniczy problem z tymi niezwykle efektownie prezentującymi się strojami dotyczył wykonawców, którzy musieli ogrywać te olbrzymie połacie miękkich, lejących się tkanin, co momentami było trudne , bo … No właśnie – i tu dotarłam do niewątpliwego współreżysera spektaklu, czyli porywistego wiatru wiejącego przez cały spektakl z potężną siłą. Wicher miotał nie tylko kostiumami i włosami artystów, ale też owymi kurtynami, co dawało ciekawy efekt w postaci ruchomych cieni na murze pałacu. Wszystko to razem sprawiło, że zniknął wszelki kontekst, historyczny czy obyczajowy. W tej sytuacji Pizzi postawił na oszczędne aktorstwo polegające, przynajmniej w wypadku pary amanckiej raczej na przyjmowaniu określonych póz i przemierzaniu pomostu szybszym lub wolniejszym krokiem (Francesca miała jeszcze kilka tanecznych pas). Cała warstwa uczuciowa została warstwie muzycznej, i to świetnie zdało egzamin. Na scenę, poza tymi, którzy być na niej musieli zaproszono również tancerzy i chociaż uważam, że od jakiegoś czasu takie rozwiązanie jest nadużywane tym razem nieźle się sprawdziło dodając nieco dynamiki statycznemu w charakterze utworowi. Trochę tylko zepchnęło to do tyłu transylwański chór z Cluj-Napoca, ale nie wpłynęło na wysoką jakość jego śpiewu. Oczywiście brzmienie muzyki wykonywanej na wolnym powietrzu jest nieco inne niż we wnętrzu, zazwyczaj bardziej rozproszone i mniej spójne, ale na to nikt wpływu nie ma. Biorąc to pod uwagę Fabio Luisi i Orchestra Internazionale d’Italia osiągnęli wspaniały rezultat, z jakiego Mercadante zapewne byłby zadowolony. Maestro i jego muzycy wycyzelowali najmniejsze szczegóły z wielką uwagą, pieczołowitością i czułością. Do głównych ról pozyskano, jak zwykle w Martina Franca śpiewaków bez słynnych nazwisk, ale z wysokimi umiejętnościami. Dotyczy to też młodego włoskiego basso cantante, Antonio Di Mateo który w drugoplanowej partii Guelfo pokazał  piękny, miękko płynący głos i szlachetną prezencję sceniczną. Turecki tenor Mert Süngü jako Lanciotto zacząl bardzo niedobrze, co mnie zdumiało, bo wspominałam go nieźle z tutejszego „Aureliana w Palmirze”. Być może instrument był niedostatecznie rozgrzany, co w tym wypadku okazało się fatalne, bo po otwierającym chórze pierwszą wielką, rozbudowaną scenę ma w tej operze właśnie tenor. Na szczęście w połowie pierwszego aktu (bagatela, trwającego prawie dwie godziny!) Süngü przeszedł magiczną przemianę, przestał skrzypieć i zamazywać ozdobniki i w pięknym tercecie Lanciotta, Francesci i Guida ujawnił niemałe możliwości wokalne. Potrafił też przekazać uczucia miotające jego bohaterem, który może nie należy do duszyczek spolegliwych, ale przecież został skrzywdzony i zdradzony przez żonę i własnego brata. Aya Wakizono, japońska mezzosopranistka obsadzona w roli Paola jest zdecydowanie kobieca nie tylko w wyglądzie, ale także w sposobie poruszania się, nie mogła więc stworzyć wiarygodnej postaci kochanka-mężczyzny. Ale wszak jesteśmy w operze i obeznanie z konwencją pozwala przymknąć na to oczy zaś czujnie otworzyć uszy – a było na co. Wakizono śpiewała ciepłym, okrągłym dźwiękiem, znakomicie frazowała i prowadziła kantylenę. Wszystkie te komplementy można i należy powtórzyć pisząc o protagonistce, Leonor Bonilli  dodając jeszcze kilka innych. Młoda, hiszpańska sopranistka ma wszelkie dane do zrobienia prawdziwej kariery, potrzeba jej tylko trochę szczęścia. Ma piękny głos, wie, co z nim zrobić, ma też bezbłędnie opanowaną technikę oddechową i koloraturową, jest atrakcyjna zewnętrznie. Jest też atut dodatkowy – umiejętności taneczne. Sposób, w jaki Bonilla wykonała fragment baletowy w drugim akcie zdradza nieomylnie klasyczne wykształcenie w tym kierunku. Sprawdziłam – rzeczywiście artystka jest absolwentką Konserwatorium Baletowego w rodzinnej Sewilli. A dodać trzeba, że bezpośrednio po tańcu miała do zaśpiewania dużą scenę solową i nie zdradzała ani śladu zadyszki.
Podsumowując – serdecznie i usilnie Państwu te 2 płyty DVD polecam – to kawał dobrej roboty pod każdym względem. I chociaż nie bardzo wierzę, że to czy jakiekolwiek inne dzieło Saverio Mercadantego wróci w triumfie do światowego repertuaru jednorazowy triumf, sądząc po frenetycznych owacjach osiągnęło. To wprawdzie za mało dla wytrwałej entuzjastki jego twórczości, ale – dobre i to. Jeśli Mistrz ma takich adwokatów jak Riccardo Muti (wystawił „Il due Figaro”) i Fabio Luisi jest jakaś nadzieja
https://www.youtube.com/watch?v=mjYuVWpE37U
https://www.youtube.com/watch?v=mOI-Y7F4eOg
https://www.youtube.com/watch?v=adeC16Jy7gs








1 komentarz:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń