niedziela, 30 kwietnia 2017

The second kiss - "Eugeniusz Oniegin" w Met, odsłona druga

Od premiery minęło kilka lat i kiedy „Eugeniusz Oniegin” pojawił się w planie transmisji Met na bieżący sezon postanowiłam tę nową odsłonę obejrzeć, zwłaszcza, że wabikiem miała być all russian cast  z Dimitri Hvorostovskim i Anną Netrebko na czele. Wszyscy wiecie co dalej i dlaczego Dima  nie mógł dotrzymać obietnicy i zaśpiewać Oniegina. Melomani na całym globie modlą się lub trzymają kciuki za jego zdrowie przede wszystkim  a powrót na scenę w drugiej kolejności (oczywiście ja także). Powstały wakat obsadowy dyrekcja Met wypełniła błyskawicznie i godnie – o zastępstwo poproszono Mariusza Kwietnia i Petera Mattei. Nasz baryton występował już w pierwszej transmisji spektaklu, więc chcąc uniknąć powtórzenia identycznej konfiguracji obsadowej co w roku 2013 honor występu w przedstawieniu dostępnym w kinach powierzono Szwedowi. W mediach i w Internecie rozpętała się mała wojna między wielbicielami obu panów, którą śledziłam z pewnym rozbawieniem jeszcze przed godziną zero. A ja, jak wiecie wierna admiratorka talentu Kwietnia bardzo też doceniam Mattei, więc byłam szalenie ciekawa jakie będą podobieństwa i różnice obu interpretacji. Oraz tego, czy powstała w niesprzyjających warunkach i w pewnym chaosie inscenizacja Deborah Warner zyskała choć trochę na spójności i logice. Otóż  z żalem konstatuję, że nie zyskała. Nadal jest niezborna i nieprzekonująca, chociaż ma piękne momenty – zwłaszcza pojedynek Oniegina i Leńskiego, a także mimo wszystko scenę finałową. Najmniej sensowne i przekonujące są w tym przedstawieniu sceny zbiorowe, nie wiedzieć czemu prezentowane według zasady: im bardziej ograniczona przestrzeń, tym większy tłum. Deborah Warner wykazuje też duże zamiłowanie do rodzajowości i pewnie stąd procesja wieśniaków, błogosławieństwa ikonami itd. Przyznam szczerze, iż chociaż ta produkcja jest raczej przeciętna niż zdecydowanie zła, dziwię się jednak dyrekcji Met. Po cóż było zastępować nią przepiękną inscenizację Roberta Carsena (kto nie widział, polecam serdecznie jest na DVD z Hvorostovskim i Fleming. )? Dwa miesiące temu wznowioną ją w Chicago i podobno nadal zachwyca swą malarską urodą. Natomiast zupełnie nie dziwię się wielkiej owacji, jaką otrzymała po swej koronnej scenie Anna Netrebko, której w partii Tatiany nigdy nie mam dość. Nawet w nonsensownej produkcji Warlikowskiego Netrebko była zachwycająca i wzruszająca, podobnie w Met 4 lata temu. A dziś, kiedy ma już tę rolę ośpiewaną jest pewna każdego dźwięku i gestu można ją tylko podziwiać. To już nie jest kwestia blasku divy, to prawdziwa artystka kompletnie wcielona w swoją postać, zarówno pod względem muzycznym jak aktorskim. Z jej Onieginem sprawa wydaje mi się nieco bardziej skomplikowana. Peter Mattei ma ponad pięćdziesiąt lat, na tyle mniej więcej wygląda i trudno mu grać młodego aroganta, któremu życie przytrze rogi i czegoś nauczy. Siłą rzeczy ten Oniegin musi być już ukształtowanym mężczyzną i jego arogancja nie wynika z młodzieńczej głupoty prowadzącej do prawdziwego nieszczęścia. Tym trudniejsze i ciekawsze zadanie stoi przed wykonawcą w finałowym duecie, obudzenie się serca uśpionego tak długo powinno być jeszcze mocniejszym efektem  niż w wypadku Oniegina młodszego. I o ile Mattei perfekcyjnie zagrał bohatera wyobcowanego przez swą własną dumę i fałszywą wyższość, o tyle finał w jego interpretacji, mimo nienagannego rzemiosła aktorskiego nie poruszył mnie jak powinien, a i słynny pocałunek nie wydał mi się tak gorący. Biorę pod uwagę, że być może chodzi o temperaturę i pasję, z jaką tę przemianę bohatera prezentuje Kwiecień – jeśli tak, trudno – każdemu „jego” Oniegin. Wokalnie Mattei sprawował się znakomicie, ale tu także wolę cieplejszy głos Kwietnia pozbawiony charakterystycznego, drobnego vibrata jakie słychać u Szweda. Mattei w mojej wdzięcznej pamięci pozostanie już na zawsze najbardziej wstrząsającym Amfortasem jakiego słyszałam  i jednym najlepszych  Wolframów, Don Giovannich itd. Alexey Dolgov był poprawnym Leńskim, ale traci nie tylko na porównaniu do Piotra Beczały, ale też do Dovleta Nurgeldiyeva, którego w styczniu mieliśmy okazję słyszeć w Warszawie.  Elena Maximova – Olga  oraz Elena Zaremba i Larissa Diadkova (obie  ponownie wystąpiły jako Łarina i Filipiewna) śpiewały  na tym samym, wysokim, profesjonalnym poziomie, acz bez ekscytacji. Štefan Kocán trochę mnie zawiódł wykonaniem pięknej arii Gremina . Śpiewał oczywiście znacznie lepiej niż upiorny Gremin sprzed 4 lat, ale spodziewałam się po nim więcej pełnego, aksamitnego brzmienia, które Kocán zazwyczaj bez problemu prezentuje. Za to jego Książe był w wieku Tatiany, co pozwoliło na miłosny trójkąt spojrzeć z nieco innej perspektywy. Najmocniejszym elementem spektaklu okazał się, obok Anny Netrebko oczywiście dyrygent Robin Ticciatti prowadzący orkiestrę Met energicznie a wręcz entuzjastycznie.  Jakaż to pozytywna odmiana po chłodnym i poprawnym Valerym Gergievie! Ticciatti nie zgubił przy tym detali i niczego nie zagonił ani nie zagłuszył. Ma  też wyczucie specyficznie słowiańskiej rozlewności, muzyka pod jego ręką miała i klasę i blask. 
P.S. Portal Opera Wire właśnie ogłosił listę 10 najlepszych obsad mijającego sezonu w Met. Oprócz "Don Giovanniego" znalazł się na niej także "Eugeniusz Oniegin" - ten z Mariuszem Kwietniem. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz