poniedziałek, 12 marca 2018

"Semiramida" w Met



To była moja pierwsza „Semiramida”, oglądana w zamierzchłych czasach, których nikomu nie śniło się o transmisjach kinowych z Met. W Polsce nie zdarzały się też telewizyjne relacje z takich miejsc, więc siłą rzeczy musiałam obejrzeć ją z kilkuletnim opóźnieniem, na pewno nie był to rok 1990, w którym produkcja miała premierę. Z tamtego seansu pamiętam dziś role June Anderson i Samuela Rameya (mimo całego podziwu dla techniki Marilyn Horne nie przepadam za jej głosem) i bogate kostiumy. Dziś udając się do kina doskonale wiedziałam, na co mogę liczyć, a na co nie. Nie spodziewałam się więc realistycznych kreacji aktorskich, bo ograniczenia fizyczne nie pozwalają duetowi  Meade – DeShong na  wiarygodne zagranie matki i syna. Nic to nowego, wcześniej było jeszcze gorzej - „syn” o 18 lat starszy od swojej matki i nieomylnie kobiecy z wyglądu. Nie o tego typu realizm wszakże w operze chodzi, co niestety nie dotarło ciągle do rzesz reżyserów, którzy gatunku nie cierpią, ale uparcie przy nim majstrują. Wieczorem 10 marca pozostaliśmy w bezpiecznych rękach Johna Copleya biorącego libretto wprost  i nie ingerującego nawet w jego absurdy.  Ten spektakl dziś już wydaje się wręcz ostentacyjnie staromodny i na pewno zwolennicy regietheatru oraz „przybliżania i uwspółcześniania” się nie pożywią, reszta – cóż, jeśli ktoś lubi koncerty w ostentacyjnie barwnych kostiumach… Niestety, przedstawienie robi wrażenie uginającego się pod własnym ciężarem wehikułu, nieruchawego i wiejącego nudą. Poza tym lata funkcjonowania w realiach terroru obrazka zrobiły swoje i my też wolelibyśmy oglądać śpiewaków wiekiem i postawą dostosowanych do swoich postaci. Będę się jednak upierać przy tym, że oglądanie nadal pozostaje w operze drugorzędne wobec słuchania, chociaż oczywiście najlepiej byłoby te dwie rzeczy zsynchronizować. Jeśli jednak się nie da, bo światowe sceny na razie nie są zaludniane przez wszystko mające cyborgi supremacja dźwięku powinna być oczywista. Nie czepiawszy się więc figur duetu głównych wykonawczyń przysłuchajmy się najważniejszemu – temu co one i ich koledzy mieli w głosach. I tu nie oprę się znienawidzonemu zdanku „a nie mówiłam?”. Bo przecież niewielu śledzących tę  transmisję nie zgodzi się z tym, że najważniejszą, jeśli nie jedyną jej gwiazdą okazała się Elizabeth DeShong. Śledzę tę karierę od dawna pozostając w stanie olbrzymiego zdziwienia, że ta mezzosopranistka nie jest  wciąż supergwiazdą. 6 lat temu, u początków mojego bloga poświęciłam jej entuzjastyczny post wróżąc taką pozycję i bardzo mi żal, iż nie dostała wciąż od losu tego, co według talentu i umiejętności powinna. DeShong ma znane w operowym światku nazwisko i tyle. Na najbardziej prestiżowych scenach świata proponowano jej przede wszystkim partie drugoplanowe  - w Met musiała czekać 10 lat od debiutu (2008 – Suzy  w „Jaskółce”) by móc pokazać się w roli głównej . Może Arsace na deskach Met przyniesie jej wreszcie popularność i uznanie, na które zasłużyła. Śpiewa przepięknym, czekoladowo gęstym i płynnym a przy tym połyskliwym głosem, trudności techniczne dla niej nie istnieją, koloratura jest swobodna i precyzyjna a dół skali imponujący. Drugim członkiem obsady, który niemal mimochodem pokonał trudności swojej partii był Javier Camarena. Rola księcia Ireno do wdzięcznych nie należy, bo składa się niemal wyłącznie z wokalno-technicznego popisu a można ją usunąć  bez szkody dla fabuły i partytury. Skoro jednak Rossini ją napisał by zaspokoić gwiazdorskie wymagania Johna Sinclaira,który śpiewał na premierze w Teatro La Fenice w 1823 roku obsadzenie Camareny okazało się ze wszech miar słuszne. Więcej problemów miała z tytułową Semiramidą Angela Meade, której sopran nie zaleca się szczególną urodą czy ciepłem.  Meade posługuje się koloraturą sprawnie, ale nie sprawia to u niej wrażenia naturalnego środka komunikacji zaś górne dźwięki są nieco siłowo wypychane. Na pewno nie jest to Semiramida na miarę June Anderson, chociaż w sumie całkiem niezła. Zawiódł natomiast Ildar Abdrazakov, który w przeciwieństwie do obu partnerek adekwatnie wyglądał, ale podjął się partii mocno przerastającej możliwości głosowe - krańcowo siłowe góry, niedobre ozdobniki i matowa średnica (podejrzewam, iż głos po prostu był zmęczony walką z rolą, bo zazwyczaj Abdrazakov brzmi dźwięcznie).  Tym razem nie zachwycił mnie chór Met, wkradły się nierówności. Mauricio Benini poprowadził tę olbrzymią (pomimo skótów) dostojnie i z uwagą. Ogólnie wieczór z tą „Semiramidą” dość mocno się dłużył, rozświetlany jedynie głosem Elizabeth DeShong.
P.S.  To wznowienie miało być przygotowane na scenę przez 84-letniego już Johna Copleya, który  reżyserował premierę 28 lat temu. Sędziwy Brytyjczyk opowiedział jednak w trakcie pracy pieprzny dowcip i ktoś z chóru (wsparty później przez dwójkę kolegów) poczuł się „niekomfortowo”. Copley został zwolniony w trybie natychmiastowym. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz