piątek, 13 lipca 2018

Chi mi frena in tal momento




Ten wieczór z „Lucią di Lammermoor” w madryckim Teatro Real przejdzie zapewne do operowych annałów – oto, chyba po raz pierwszy w dwudziestym pierwszym wieku w ramach reakcji na szaloną owację publiczności  Daniel Oren zdecydował się na powtórzenie słynnego sekstetu z drugiego aktu. Czy jest się czym ekscytować? Ano, niekoniecznie, ale odnotować warto. Tym bardziej, że mieliśmy do czynienia ze spektaklem rzeczywiście dobrze śpiewanym, na tyle, iż mógłby swobodnie stanowić argument  przeciwko narzekaniom na całkowity zanik prawdziwego belcanto. W tym wypadku kontrowersje powinny raczej dotyczyć produkcji, ale przy tym, co się widuje na scenach była ona przynajmniej spójna i miała jakąś koncepcję zrealizowaną z żelazną konsekwencją. Skutkiem tego pojawiły się niepotrzebne brutalizmy i przyznaję, że przynajmniej raz zdarzyło mi się zaśmiać wrednie tam, gdzie reżyser założył wystąpienie największego napięcia i grozy, ale w ogólnym rozrachunki nie było źle. David Alden przygotował przedstawienie dla ENO, gdzie miało ono premierę w lutym 2010 roku a potem objechało świat goszcząc w Goteborgu, Toronto,  Waszyngtonie i Oslo. Do Madrytu zawitało po 17 latach nieobecności „Lucii” na tamtejszej scenie  trafiając na stęsknioną i wdzięczną publiczność. Akcję przeniesiono nie tyle do czasów powstania opery, co do okresu nieco późniejszego, kiedy wiktoriańska moda i moralność przeżywały swój największy rozkwit. Alden oparł swą koncepcję na dwóch założeniach-filarach. Po pierwsze przodkowie obu zwaśnionych rodów są tu obecni ustawicznie (w postaci wielkich portretów, które piastują czule obaj adwersarze) jako bezwzględni strażnicy familijnego honoru determinujący los i postępowanie swoich potomków. W ten sposób obaj stają się właściwie awersem i rewersem tej samej monety, więźniami krępowanymi przez identyczne pęta. Po drugie – osobowość bohaterki. Lucia jest tu młodą, ale dorosłą kobietą o mentalności dziecka i nie dowiemy się, czy jest to skutek upośledzenia intelektualnego, czy raczej rezultat wychowania. Fakt, że ciągle nosi krótką sukienkę z wystającymi spod niej pantalonami sugerowałby, iż  w stanie owego zapóźnionego dziecięctwa otoczenie utrzymuje ją sztucznie. Ale – być może nie ma innego wyjścia, skoro dziewczyna z entuzjazmem wciąż bawi się lalkami. Stąd wynika niewczesna próba Enrica przygotowania siostry do tego, co czeka ją w małżeństwie i owa z założenia wstrząsająca scena ręcznej defloracji Lucii, której towarzyszy przenikliwy, wysoki dźwięk (przewidziany przez partyturę, ale nie w takiej sytuacji). Wysiłki spełzają na niczym i  trudno nie pomyśleć, że – być może – noc poślubna bohaterki z teoretycznym ukochanym miałaby identyczny koniec jak z narzuconym mężem. Wszystko to razem jakoś tam wyjaśnia psychiczną kruchość panny Ashton , chociaż chęć szokowania publiczności jest zbyt wyraźna, aby ją zignorować. Tym nie mniej ta opowieść składa się na w miarę sensownie skonstruowaną historię. Nie inscenizacja jest tu jednak najważniejsza i nie ona wywołała szalony entuzjazm na widowni, ale – staromodnie – śpiewacy. Lisette Oropesę słyszałam ostatnio już dosyć dawno, chyba jako Sophie w „Werterze” i raczej pamiętam ją jako z ról lekkich, wdzięcznych i sympatycznych. Takie oferowała jej Met (z wyjątkiem jednej z Cór Renu). W innych teatrach Oropesa starała się rozwijać repertuar w stronę partii nieco mocniejszych. Dla mnie jej Lucia była pierwszym zetknięciem z tą wciąż młodą (rocznik1983) sopranistką w takiej właśnie roli. Głównym atutem śpiewaczki nie jest ani rozmiar, ani szeroka paleta kolorystyczna jej głosu. To przyjemny w barwie i wciąż niezbyt ciężki typ sopranu (aczkolwiek już nie rodzaj subretkowy), bardzo miły dla ucha, ale nie wyjątkowy. Oropesa jednak posługuje się tym instrumentem znakomicie, z pełną świadomością i poszanowaniem stylu i zaufaniem do kompozytora.  To zapewne stanowi klucz do sukcesu, którego nie osiągają jej teoretycznie lepiej wyposażone głosowo koleżanki (Netrebko czy Damrau). Przy tym tworzy pełną, wzruszającą kreację sceniczną. Javier Camarena, o którego wokalnych zaletach pisałam już niejednokrotnie debiutował jako Edgardo. Najpiękniej zaśpiewał końcowy fragment partii, podobnie jak Juan Diego Florez w Monachium. Są to jednak dwa różne światy – Camarena brzmiał znacznie pełniej i mocniej nic nie tracąc na stylowości. Przy tym wyjątkowo dobrze wypadła tym razem aktorska strona roli – mam wrażenie, że artysta sporo nad tym pracował w ostatnim czasie. Artur Ruciński był lodowatym, zdystansowanym Enricem o zwodniczo miękkim, pięknym głosie. Swoją część sekstetu wykonał za każdym razem nieco inaczej – brawo! Roberto Tagliavini nie zapisze się w mojej pamięci na plus ani na minus – ot, porządnie wykonana praca (taki los większości Raymondów). Za to Yijie Shi okazał się jako Arturo największym zapewne luksusem od czasów, gdy w tej niewielkiej partii występował 20-letni Placido Domingo. Shi mógłby swobodnie, w razie nagłej konieczności zaśpiewać Edgarda (co czynił rok temu z sukcesem w Pekinie i ma w planach na rok przyszły). W sekstecie zazwyczaj głos Artura niknie, Shi słychać było doskonale. Sprawdził się też scenicznie, a łatwo  nie było. Nie tylko zafundowano mu prawdziwy dandy-look (ze śnieżnobiałym odzieniem, futrem  i włosami ułożonymi w blond fale) ale też musiał ofiarnie przez dłuższy czas pozwolić się tarmosić szalejącej Lucii  (w roli skrwawionych zwłok nieszczęsnego małżonka). Komplet solistów znakomicie uzupełnili Marina Pinchuk – Alisa i Alejando del Cerro – Normano. Daniel Oren sprawnie, poprowadził orkiestrę Teatro Real, jak dla mnie momentami nieco za szybko. Ogólnie – ten spektakl może być odtrutką na werystycznie grzmiące sopranistki w partiach belcantowych. Da się to sprawdzić na You Tube -  https://www.youtube.com/watch?v=LME3pH3tckU i na stronie Opera Vision, do czego tych z Was, którzy nie widzieli serdecznie zachęcam.
P.S. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić dlaczego w tej produkcji ludzie dostają się do pomieszczeń niemal wyłącznie przez okna? Poza tym można by nieco bardziej szanować kręgosłup barytona – Enrico nosi Lucię na rękach co najmniej trzy razy. Artur Ruciński i tak  trafił dobrze, bo na smukłą Oropesę, mogło być gorzej.








4 komentarze:

  1. Na pewno nie po raz pierwszy w dziejach. Karajan w 1955 (https://www.youtube.com/watch?v=sh-VMQKczLs)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale to było nie w XXI wieku ale w połowie ubiegłego stulecia. Jak ten czas leci...

      Usuń
  2. Dzięki, właśnie nie byłam tego pewna, stąd chyba.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oropesa zrobiła ostatnio zasłużoną furorę w Pesaro

    OdpowiedzUsuń