niedziela, 3 sierpnia 2014

Figarów dwóch

 
Bardzo chciałabym wierzyć, że czas zazwyczaj oddaje sprawiedliwość artystom zaś dzieła i ich twórcy, którzy znikli gdzieś w czeluści zwanej niepamięcią znaleźli się tam słusznie. Pewnie zazwyczaj tak bywa, jak w wypadku poprzednio przywoływanej „La Wally”, ale jednak nie zawsze. Mam właśnie przed sobą dowód na tę tezę, i to podwójny – całość twórczości Saveria Mercadantego i jedną z jego oper, o której nawet p. Piotr Kamiński wspomina tylko w swoim opasłym dziele omawiając  kilka innych, mających więcej szczęścia. Więcej to znaczy odrobinę. Przeciętny meloman zna koncert fletowy Mercadantego, a i to nie każdy wie, czyjego jest autorstwa chociaż bez najmniejszej trudności potrafi zanucić fragmencik. Bo to jedna z tych melodyjek, które plączą się nam gdzieś w zakamarkach mózgu dzięki chwytliwemu motywowi, ale żeby zaraz sprawdzać, kto to napisał? Za moje pierwsze spotkanie z operą  Mercadantego odpowiedzialny jest … Placido Domingo. Jak najczęściej bywa przypadkiem trafiłam na reedycję nagrania  „Il Giuramento” z Wiener Staatsoper i jego nazwisko przyciągnęło moją uwagę, zwłaszcza, że występowało w dobrym towarzystwie  (Baltsa, Zampieri). Kupiłam, wysłuchałam i osłupiałam.  To było to, co we Francji nazywa się uderzeniem pioruna – miłość natychmiastowa, gwałtowna i przynosząca tyleż słodyczy, co kłopotów. Ileż ja się naszukałam innych dzieł mistrza Saverio , mogę uczciwie przyznać, że stan ów trwa nadal. Tropię wytrwale, czasem z pozytywnym skutkiem. Niestety, moje amatorstwo i brak dogłębnych studiów muzycznych powoduje, że jestem skazana na nagrania, a te, w wypadku utworów kompozytorów zapomnianych bywają dokonywane przez najczęściej artystów nie tylko mniej znanych, co w samo w sobie o niczym nie świadczy, ale też różnej (oj, bardzo) jakości. Tak gwiazdorska obsada jak wypadku wiedeńskiej „Przysięgi” (1979) zdarzyła mi się tylko raz. I, jak to zwykle badając entuzjastycznie wszystko, co wpadło w moje spragnione uszy trafiałam na dzieła lepsze i gorsze, nikt wszak nie jest geniuszem w stu procentach i dwadzieścia cztery godziny na dobę, nawet Bach czy Mozart. Zaś Mercadante geniuszem nie był, ale – do Rossiniego, Donizettiego czy Belliniego z pewnością porównać go można. Jego rywale i niemal rówieśnicy przetrwali, on nie. Dlaczego? Nie chodzi tu raczej o podobno trudny charakter kompozytora – pomimo niego za życia miał swoje momenty chwały, i to nawet sporo. Można zaryzykować śmiało stwierdzenie, że był popularny. Dziś znają go jedynie zapaleńcy, ale – jest nadzieja. Kilka lat temu okazało się bowiem, że w twórczości Mercadantego zakochał się ktoś, czyje nazwisko na repertuar teatrów, zwłaszcza włoskich ma przemożny wpływ – Riccardo Muti! Skutkiem tego na festiwalu w Salzburgu (2011) a potem na kilku scenach europejskich , w tym w Madrycie i Rawennie (poza tym w Teatro Colon w Buenos Aires) wystawiono rzecz, która od powstania miała ekstremalnego pecha  -„I Due Figaro”. Datę ukończenia partytury od daty premiery dzieli … dziewięć długich lat! Dlaczego? Ano, przyczyna była tyleż prozaiczna, co dla utworu fatalna – wojna promadonn, które nie mogły się dogadać w sprawie ilości i jakości przeznaczonych każdej numerów. Gdy więc wreszcie w 1835 roku operę wystawiono, wydała się ona publiczności nie na czasie (łaska pańska wszak na pstrym koniu jeździ) i nie miała szansy nawet zniknąć ze stałego repertuaru – po prostu nigdy się w nim nie pojawiła. A przecież były wszelkie powody, żeby w nim pozostała i święciła prawdziwe triumfy, podobnie jak jej fabularne poprzedniczki  „Cyrulik sewilski”(1816)  i „Wesele Figara”(1786) . Tak, proszę Państwa, libretto, napisane przez nie byle kogo, bo Felice Romaniego stanowi fabularnie ciąg dalszy tych przesławnych dzieł. Nie narodziło się jednak, jak one na kanwie sztuki Beaumarchais, a komedii „Les deux Figaro” autorstwa Honoré-Antoine Richaud Martelly’ego , aktora, który w „Weselu…” grał Hrabiego Almavivę. A że w tych czasach nikt jeszcze nie słyszał o prawach autorskich i własności intelektualnej  Martelly, utalentowany poetycko sam sobie ciąg dalszy napisał (1790). Jego sztuka nie była, jak się potem okazało gorsza od naprawdę kiepskiego zamnięcia cyklu, które w 1792 popełnił sam Beumarchais pod tytułem „La mère coupable”. Czasy w Paryżu nie sprzyjały jednak wizytom w teatrze i o obu właściwie zapomniano. Beaumarchais dysponował jednak czymś, czego Martelly był pozbawiony – estymą nazwiska i dwóch wcześniejszych dzieł, jego „Występną matkę” rzadko, bo rzadko, ale czasem jednak wznawiano. Niewiele osób pamięta , że i ona stała się inspiracją dla kompozytorów, i to współczesnych nam – Dariusa Milhauda i Thierry’ego Pécou. Ślady całego cyklu można zaś znaleźć w licznych operach, żeby przywołać tylko „Cherubina” Masseneta czy „Duchy w Wersalu” Johna Corigliano. Wróćmy jednak do Mercadantego i poświęćmy chwilę samej fabule. Jesteśmy oto nadal w Sewilli, w pałacu Almavivów, ale ładnych parę lat minęło od „szalonego dnia”. Charaktery głównych protagonistów nie bardzo się zmieniły , z jednym, mocno niespodziewanym wyjątkiem. Otóż czarnym charakterem został Figaro! Para hrabiowska zaś ma nastoletnią córkę Ines, którą należy już wydać za mąż i tata, pamiętając być może z własnego doświadczenia, że miłość małżeńska nie trwa wiecznie optuje za czymś trwalszym – tytułem arystokratycznym. Nie wie jednak, że jego kandydat, Don Alvaro jest tylko podstawionym służącym, zaś panienka kocha się z wzajemnością w pewnym pułkowniku, w którym bez trudu rozpoznajemy naszego dobrego znajomego, Cherubina, który zdążył wreszcie dorosnąć. Teraz próbuje zdobyć przychylność ewentualnego teścia konkurując o nią z Figarem jako jego kolega po fachu oraz bezczelnie twierdząc, że nosi to samo imię. W sercu intrygi pozostaje jednak Susanna. Nie sama kolejność zdarzeń ma tu jednak znaczenie, a klasa muzyki, za pomocą krórej została opowiedziana, ta zaś nie ustępuje ani na piędź rossiniowskiemu „Cyrulikowi”. Mamy tu wszystko co trzeba: arie, w których popis nie przykrywa znaczenia, świetne ensemble, potoczyste chóry  oraz inwencję melodyczną najwyższej próby. Przy tym Mercadante, właściwie jako jedyny wziął pod uwagę miejsce akcji i zawarł w partyturze  sporo elementów hiszpańskich od uwertury poczynając. Wiedział co robi, wszak kawałek życia spędził na Półwyspie Iberyjskim. Zapewne każdemu słuchaczowi co innego najbardziej przypadnie do gustu – mnie, poza finałami obu aktów podobała się szczególnie wielka scena Cherubina w akcie drugim wraz z chórem (motywy arabskie) oraz duet Susanny i Hrabiego. Susanna nadal uwodzi swego pryncypała  dla dobra intrygi, ale muzyka  wyraźnie sugeruje, że nie tylko dlatego. Mamy tu nawet długie solo fletowe, w czasie którego para może się zająć realizacją miłosnych porywów.
Nagranie , które pozwoliło mi zapoznać się bliżej z tą operą zostało zarejestrowane trzy lata temu w Rawennie, podczas serii spektakli reżyserowanych przez Emilio Saigi.Riccardo Muti poprowadził muzycznie młody i entuzjastyczny zespół solistów, oraz cechującą się identycznymi zaletami a przez siebie założoną w 2004 Luigi Cherubini Youth Orchestra. Żałuję niezmiernie, że nie zdecydowano się na wydanie DVD, które dałoby szansę uzyskania bardziej kompletnej wiedzy, ale i za pełne wydanie CD wdzięczna jestem losowi. Także za pozostawione po wysłuchaniu całości przekonanie, że ze stan wokalistyki we Włoszech wcale nie wymaga ogłaszania alarmu, skoro można zebrać tak obiecującą grupę artystów zaczynających dopiero swą karierę.Żeby co prędzej mieć za sobą narzekania zacznę od jedynej w tym gronie śpiewaczki, która mi się nie podobała. Była to niestety Annalisa Stroppa jako Cherubin, jedna z trzech najistotniejszych postaci w tej historii. Mam duży kłopot z opisaniem swoich zastrzeżeń, bo sposób wydobywania dźwięku przez tę mezzosopranistkę wydał mi się nieco dziwny i natychmiastowo skojarzył w równie zdumiewającym wyczynem wokalnym jej znacznie starszej i sławniejszej koleżanki, Vesseliny Kasarovej w „Alcinie”. Ogólnie mówiąc, to jakieś takie niezwyczajne „podbieranie” nut, które na mnie robiło wrażenie, jakby Cherubin był na ciągłym rauszu.Szkoda, ale może przyszłości Stroppie uda się tej maniery wyzbyć. Dobre wrażenie zrobiła na mnie już nie poraz pierwszy jedyna w tym gronie artystka spoza Italii, Turczynka Asude Karayavuz  jako Hrabina – ciepłe, wyrównane brzmienie, spokojne, szlachetne  - idealne do tej roli. Rosa  Feola jako Ines, o lekkim, ładnie się prezentującym głosie także może sobie zapisać tę rolę po stronie aktywów. Mario Cassi, najstarszy w tym gronie (1973 ) dysponuje barytonem aż nazbyt lirycznym, ale w tej muzyce to nie przeszkadza. Najważniejsze zaś, że udało mu się tym głosem przekazać nie tak już sympatyczny charakter Figara i jego złość oraz zawiść. Hrabia Almaviva u Mercadantego, podobnie jak u Rossiniego śpiewa tenorem. Jego postać ma nieco inny charakter niż u obu wielkich poprzedników – nie jest aż tak władczy i niebezpieczny jak u Mozarta, chociaż nadal mocno zadufany w sobie. Mercadante wyposażył go za to w tę odrobinę mimowolnego wdzięku, który pozwala uwierzyć, że Susanna ma na niego apetyt. 25-letni w momencie nagrania Antonio Poli był na Hrabiego za młody, ale tego głos, atrakcyjny w barwie bez trudu pokonywał zasadzki przygotowane przez kompozytora. Poza tym miał Poli okazję pokazać się od strony nieco bardziej stanowczej, niż to zazwyczaj u tenora leggiero bywa. Jego wielka kariera już się rozpoczęła i sądze, że mimo wielu w swej kategorii konkurentów Poli niebawem dołączy do tych najlepszych. Podobnie jak urocza Eleonora Buratto – Susanna. Dziewczyna ma prześliczny, srebrzysty, giętki i dźwięczny głos najwyraźniej też doskonale zapamiętała nauki swoich mistrzów  - Mirelli Freni i Luciano Pavarottiego, którzy udzielali jej lekcji u samych początków jej muzycznej drogi. Buratto, oprócz promiennej osobowości i takiegoż sopranu ma jeszcze świadomośc znaczenia każdego słowa , co, zwłaszcza u artystki tak młodej wcale nie jest normą. Brawo i czekam na więcej! Maestro Riccardo Muti , co raczej nie stanowi zaskoczenia zrobił dla Mercadantego dokładnie te, co powinien, wydobywając z jego muzyki cały jej czar energię i liryzm. I zamierza swoją działalność upowszechniania jego dzieł kontynuować. Dzięki i … czekam na więcej!

W linkach zamieściłam parę dostępnych na YT fragmentów „I Due Figaro”, pochodzących z tej samej produkcji Emilio Saigi, ale z różnych miejsc. Nie ma wśród nich niestety duetu Hrabiego i Susanny, ale jest mój ulubiony chór. Na koniec link do koncertu fletowego – trzeba trochę poczekać na ów znany motyw, ale warto, bo całość sympatyczna.  Zdjęcia powinny dać pojęcie o tym, jak rzecz cała mogła wyglądać na scenie. Na koniec solenna deklaracja – z Saverio Mercadantem jeszcze się Państwo u mnie spotkacie.











10 komentarzy:

  1. Dzięki za wpis o Mercadantem, po odnalezieniu na YT i wysluchaniu fragmentów I due Figaro stwierdzam, że to świetna muzyka i będę szukać całości tej opery.
    P.S. Cyrulika Sewilskiego Rossiniego uwielbiam i mam 6 różnych wykonań na dvd. Ilości spektakli obejrzanych ns YT lub wysłuchanych z CD nie zliczę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Umiłowania "Cyrulika" nie podzielam, ale w pełni rozumiem. Lubię DVD z Met, to bardzo tradycyjna i wdzięczna inscenizacja z DiDonato, JDF i uroczym Mattei.
    O ile wiem "I Due Figaro" istnieje tylko w dwóch nagraniach (to drugie jest dużo tańsze i dużo słabsze). Za to w warszawskim Empiku kupiłam 2 lata temu inną komedię Mercadantego - "Don Chisciotte". Też czarujące, chociaż to już nie ten sam poziom.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za wskazówki, poszukam. Wspomniane nagranie z met znam ale ulubione to z 1972 pod dyrekcją Claudia Abbado śpiewają Prey, Berganza, Alva, Dara, Montarsolo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Całość można posiąść:
    http://clasicosatualcance.blogspot.com/2014/06/mercadante-i-due-figaro.html
    Pozdrawiam, Adam

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  6. O, a myślałam, że znam już wszystkie tego typu blogi, dziękuję. I odpozdrawiam wzajemnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  7. A ja ciągle mam nadzieję trafić na jakieś kolejne, dobrze ukryte. Zachłanność na nagrania operowe nie zna granic... Adam

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli Papagena jeszcze o tym nie wie (ale pewnie wie :)) to ucieszy ją info o tym, że wkrótce wychodzi "Don Giovanni" z Kwietniem na DVD i Blu-Ray.
    http://www.roh.org.uk/news/don-giovanni-available-to-pre-order-on-dvd-and-blu-ray

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję, Calafie. Wiedziałam, że ma być, ale nie, że już we wrześniu. Swoją drogą, nareszcie - Kwiecień jako DG na legalnej, porządnie wydanej płycie! Inscenizacja to nie dla każdego, ale ja ją lubię.

    OdpowiedzUsuń