sobota, 25 kwietnia 2015

Kino patrzy na operę - część pierwsza

Temat jest przepastny (baza IMDB wymienia 1908 filmów w większym lub też całkiem śladowym stopniu z nim związanych), powinnam więc na początek doprecyzować, o co tak konkretnie mi chodzi. Nie będę tu pisać o kinowych i telewizyjnych adaptacjach oper ani też o ekranowych biografiach kompozytorów, śpiewaków, dyrygentów czy librecistów, w których siłą rzeczy używa się fragmentów dzieł przez nich stworzonych lub odtwarzanych. Interesuje mnie natomiast to, jak opera jest używana w zwykłej filmowej fabule, do czego służy scenarzystom i reżyserom oraz w jaki sposób bywa przez nich pokazywana. Poświęciłam trochę czasu na buszowanie w sieci, rezultat okazał się pouczający – większość list przebojów typuTop 10 Best Uses of Opera in Movie” zawiera te same tytuły (nie mogę obiecać, że u mnie ich nie znajdziecie), ale odkryłam na nich zastanawiające braki. Polski rynek książek o operze właściwie nie istnieje, za to w serii Cambridge Studies in Opera znalazłam ciekawostkę autorstwa Marcii J. Citron – potężny tom pt. „When Opera Meets Film”. Z pewnością mógłby się okazać ważny, inspirujący i poszerzyć wąskie horyzonty mojej wiedzy w tej sprawie ale cena  – 110 dolarów + koszty wysyłki – skutecznie mnie zniechęciła do nabycia. Pozostało mi więc klasyczne  „zrób to sam”. Oczywiście wiele z przytaczanych scen i filmów można spokojnie  uznać za przynależne także do innych kategorii niż te, które im przypisałam. Ale przecież to tylko zabawa !

Po pierwsze : Idziemy do opery


A właściwie udają się tam bohaterowie filmu. Tylko po co? Gdyby czerpać wiedzę wyłącznie ze srebrnego ekranu konkluzja mogłaby zasadniczo być jedna – żeby się pokazać. W filmie prawie nikt nie udaje się do opery po to, żeby doznać jakichś wrażeń artystycznych czy wzruszeń, podziwiać muzykę czy oddać hołd ukochanym śpiewakom lub dyrygentowi. W kapiących złotem wnętrzach przebywają wyłącznie straszni mieszczanie, bez wyjątku odziani na bogato, sztywni, formalni, niezdolni głębszych uczuć. Co innego, gdy przypadkowo znajdzie się wśród nich reprezentant ludu, budzący wśród filistrów zgorszenie brakiem znajomości form, ale za to jakże podatny na prawdziwe wzruszenia. Najdoskonalszy przykład znajdziemy w końcówce „Pretty Woman” Garry’ego Marshalla. Richard Gere, bezduszny biznesmen, którego uczłowieczyła callgirl o złotym sercu – Julia Roberts zabiera ją do opery, oczywiście na „Traviatę”. Nawrócona prostytutka leje łzy nad losem swej koleżanki po fachu, po czym komentuje  to, co zobaczyła (z filmu wynika, że zainteresowała się raczej fabuła niż muzyką) po swojemu „prawie się posikałam”. A my mamy podziwiać szczerość i wrażliwość dziecięcia ludu. Na szczęście nie wszystkie filmy są tak schematyczne. Moim ulubionym przykładem pozytywnym jest jedna z najlepszych komedii romantycznych wszechczasów, a zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że najlepsza. Nie wiem, czy ktoś z Państwa się domyśli, że chodzi o „Moonstruck” (czyli „Wpływ księżyca”) Normana Jewisona. Nieortodoksyjny bohater, jednoręki piekarz o wybujałym temperamencie i niesłychanie namiętnej naturze (młody i nieskażony jeszcze manierą zbolałego spaniela Nicolas Cage) ma, jak sam mówi dwie miłości w życiu: narzeczoną swego brata (Cher) i operę. Nad łóżkiem, w którym figlował z damą wisi portret Verdiego i plakat z „Cyganerii”. A ponieważ termin ślubu się zbliża i nasz piekarz zostanie za chwilę sam, marzy o jednym: żeby choć raz żywcem znaleźć się w niebie  – czyli pójść do opery z ukochaną, która jeszcze nigdy nie postawiła tam nogi. Idą więc, a jako, iż rzecz dzieje się w Nowym Jorku trafiają do Met – oczywiście na „Cyganerię”.  I tu uwaga dotycząca ścieżki dźwiękowej. Zazwyczaj wykorzystuje się albo nagrania w wykonaniu śpiewaków mniej znanych albo gwiazd przeszłych (wpółczesne tuzy niesłychanie podnoszą koszty). Oczywiście bywają wyjątki, ale nieczęste. W wypadku „Moonstruck” wykorzystano metodę drugą, słyszymy głosy Renaty Tebaldi i Carlo Bergonziego. Wracając do fabuły – w teatrze para spotyka tatusia bohaterki z kochanką i … resztę proszę koniecznie zobaczyć samemu. Nie pożałujecie. Dodać jeszcze warto, iż ważną rolę sędziwego dziadka Cher, który namawia swoje psy do wycia do księżyca gra Fiodor Szalapin jr, syn wielkiego rosyjskiego basa (niektórzy pamiętają go zapewne z roli upiornego Jorge w „Imieniu róży”).

Po drugie: Idziemy do opery, bo mamy tam jakąś sprawę

Jak można się domyślić, tą sprawą nie jest podziwianie spektaklu. Na ogół chodzi o jakiś wątek kryminalny albo komediowy, czasami zaś dwa w jednym. Wielki budynek teatralny, pełen tajemniczych zakamarków i ogarnięty permanentnym chaosem a w dodatku zaludniony przez hordy zdumiewających osobników po jednej, a niewinną publiczność po drugiej stronie rampy jest doskonałym tłem dla pościgów, zabawy w chowanego i innych tego typu przyjemności. Ostatnio na przykład na „Don Giovanniego” wpadali niechcący Robert Downey jr jako Sherlock Holmes i Jude Law jako Dr. Watson. Operę odwiedzał także James Bond – ostatnio był na „Tosce” (w „Quantum of solace”). Daniel Craig będąc 007 ultrawspółczesnym trafił na spektakl bardzo trendy – najwyraźniej zrobiony przez adepta regietheatru. W kategorii zaś „operowa rozpierducha”  (obok braci Marx, o których dalej) kategorię supermistrzowską osiągnął bez wątpliwości Louis de Funes jako wielki acz rozkapryszony dyrygent Stanislas Lefort usiłujący wbrew licznym przeciwnościom doprowadzić do premiery „Potępienia Fausta” w wojennym Paryżu. Nikt, kto zna „Wielką włóczęgę” (a któż nie zna) nie zapomni jego dramatycznych okrzyków „… CISZA! Tylko Berlioz i ja!” („je ne veut que Berlioz et moi“). Sprawą  przeszkadzającą maestro  były jednoczesne przygotowania do zamachu na faszystowskich dostojników (bomba w goździkach strojących loże) i próba ukrycia angielskiego spadochroniarza, który całkiem przypadkowo wylądował na dachu Palais Garnier.

Po trzecie: Nasz bohater słucha opery


To nie jest dobry objaw moi drodzy, oj, nie jest. Na ogół taka aberracja zdarza się w kryminałach, a wtedy możliwości mamy dwie: albo jest mafioso (takim w starym stylu, ci nowsi wolą raczej hip hop) albo policjantem. Co zresztą na jedno wychodzi – lepiej się do niego nie przywiązywać zanadto, bo raczej dobrze nie skończy. Przykładów można przytoczyć dużo, ale mój ulubiony pochodzi z biografii autentycznego gliniarza Franka Serpico. Pamiętacie ten moment, kiedy Al Pacino w roli tytułowej jedzie samochodem i zaiste baranim, za to niesłychanie donośnym  głosem towarzyszy granemu w radiu finałowi pucciniowskiej jednoaktówki? Jego „viva la gente nuova e Gianni Schicchi” pozostaje w mej wdzięcznej pamięci od tylu lat, że aż wstyd się przyznawać! Co więcej, mam uzasadnione podejrzenia, iż to tu należy szukać źródła inspiracji do kultowej sceny z „Kilera”, w której niezapomniany komisarz Ryba przecudownie deklaruje „Widziałam orła cień”. W Europie rozplenił się ostatnio działający jednak głównie w serialach  typ operomaniaka – ten na ogół nosi wymięty strój , pod oczami ma wory znamionujące uzasadnione kłopoty z wątrobą i zawsze jest w smętnym nastroju. Odpowiedzialność za pojawienie się takiej postaci ponosi literatura, a szczegółowo skandynawskie kryminały popularne nie tylko u nas i nagminnie ekranizowane. To ja już wolę schematy zza wielkiej wody.  Tyle, że również tam działa zasada: jak nie gangster lub glina, to na pewno szaleniec. Wystarczy         wspomnieć Hannibala Lectera czy psychopatyczną Alex  z „Fatalnego zauroczenia” – wielbicielkę „Madamy Butterfly”.

https://www.youtube.com/watch?v=MNhM8a4JiU0


Po czwarte: Opera jako uniwersum

Najdoskonalszy, pisany tyleż z ironią co znawstwem tematu i czułością portret tego zdumiewającego światka przedstawił, jak z pewnością wiecie pisarz, Terry Pratchett w kolejnym tomie „Świata dysku” – „Maskaradzie”. Na razie nikt nie miał odwagi tego zekranizować – może i dobrze. Najpełniejszy portret operowego uniwersum pokazali jak dotąd bracia Marx w swojej „Nocy w operze” oraz Istvan Szabo w „Schadzce z Wenus”. Nie podejmuję się opisać szaleństwa, rozpętywanego za sprawą braci w pewnym teatrze. Opis nic by nie dał tym nielicznym, którzy filmu nie widzieli – akcja opiera się na wytartym schemacie „młody, zdolny tłamszony przez zarozumiałego gwiazdora człowiek (tenor tym razem) uzyskuje należne sobie miejsce na scenie”. Wszystko polega na tym, jak panowie Marx schemat ów wypełniają i przekształcają po swojemu. Dodatkowa atrakcja dla widza obeznanego  z tematem, to fakt, że wszystko dzieje się w czasie przedstawienia  „Trubadura”, uznanego nie do końca słusznie za utwór posiadający najbardziej pokręcone libretto wszechczasów. Istvan Szabo także żartuje sobie z opery, ale w zupełnie inny sposób. W końcu jego teatr wystawia „Tannhausera” (ze ścieżki dźwiękowej płyną głosy Kiri Te Kanawy, Rene Kollo i Waltraut Meier). Przy okazji reżyser wykpiwa zjednoczoną Europę, bo gdzież można znaleźć przedstawicieli tylu narodów pracujących nad jednym projektem . ... Z kolei tyleż ironiczny, co ciepły i przyjazny portret środowiska można odnaleźć w brytyjskim filmie „Kwartet”, reżyserowanym przez Austina Hoffmana.  Jego bohaterowie są już na emeryturze, ale nic to zmienia . Tytułowy kwartet oznacza nie tylko główne postaci, ale też jeden z najpiękniejszych fragmentów „Rigoletta”. Wśród ich kolegów zaś wprawne oko wyłowi Dame Gwyneth Jones.

4 komentarze:

  1. Polecam ten uroczy fragmencik https://www.youtube.com/watch?v=OnC1IsSo9vo

    OdpowiedzUsuń
  2. A Skazani na Shawshank?

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za wskazówkę o filmie Szabo.
    Filmy "z operą w tle", bliższym czy dalszym, to także okazja, by zajrzeć do różnych operowych wnętrz.
    Polski dorobek w dziedzinie, o której piszesz - pewnie niewielki, mi natychmiast przypomniała się Tosca w "Deja vu" Machulskiego. Budynek opery - pewnie w Odessie.

    OdpowiedzUsuń