piątek, 10 marca 2017

"Rusałka" w Nowym Jorku i w Bydgoszczy



Z „Rusałką” w moim operowym życiu jakoś tak się zdarza, że ważne jej inscenizacje przychodzą do mnie parami skłaniając do porównań. Tym razem los zderzył produkcję wielkiej i majętnej Met ze spektaklem kilkakrotnie mniejszej i pewnie kilkadziesiąt razy uboższej Opery Nova. I, jak się okazało atuty nie leżały tylko po stronie giganta, którego stać na wiele. Doświadczenie niemal równoczesnego zetknięcia z tymi dwiema „Rusałkami” było pouczające na tyle, że postanowiłam się nim z Wami podzielić.
Na początek – Met. Mocno się zdziwiłam zobaczywszy pierwsze zdjęcia i trailery z tego spektaklu. Zastanawiałam się po co fundować sobie nową odsłonę „Rusałki”, sądząc po tych świadectwach dokładnie z ducha poprzedniej i podobną do niej wizualne, skoro trzeba odwoływać z przyczyn finansowych „Moc przeznaczenia” (duży może więcej, ale jednak nie wszystko). W miarę oglądania rzecz się trochę wyjaśniła, nowa inscenizacja, momentami rzeczywiście podobna do poprzedniej jest jednak nieco inaczej skonstruowana. To, co u Schenka  było baśniowe i starało się być ulotne i zamglone u Mary Zimmerman jest dosłowne. Główny zamysł wyłożyła reżyserka dobitnie -  pomocą scenografii Daniela Ostlinga i kostiumów Mary Blumenfeld (np. kłopoty bohaterki z syrenim trenem sukni mają symbolizować jej problem z ludzkim sposobem poruszania, co jest aż nadto oczywiste). Dostajemy cudny leśny krajobraz i drzewem i księżycem w akcie pierwszym i ten sam obraz w ostatnim, jednak cała cudowność uleciała, patrzymy na suchy pień i gołe skały. Świat ulega degradacji razem z rozpadem osobowości Rusałki, która nie jest ani człowiekiem, ani sobą z początku akcji. I tylko wściekle intensywne w barwach kostiumy wodnych nimf pozostały jako swoistego rodzaju ironiczny komentarz. Zimmerman postanowiła też dosmaczyć fabułę odrobiną grozy, każąc Jeżibabie poddawać Rusałkę operacji jak z horroru i poić ją eliksirem z krwi. Wzbudziło to mój wewnętrzny protest – wątpię, czy Dvořák i Kvapil przyznaliby się do tej sunącej  zombicznym krokiem, ze strużką posoki w kąciku ust lodowatej istoty. Co gorsza, Kristine Opolais nie podarowała swej postaci ani ciepła, ani ulotnego czaru, którym powinna Rusałka emanować. Opolais skręca stylistycznie w stronę weryzmu, co w tej operze straszliwie przeszkadza, szczególnie w pierwszym akcie. Zabrakło pięknej, długiej frazy w pieśni do księżyca a głos był równie zimny jak wizerunek. Trzeba jednak dodać, że kiedy partia nabiera charakteru bardziej dramatycznego, tj. od końcówki drugiego aktu sopranistka brzmiała już dobrze, momentami nawet bardzo dobrze. Ale – niedosyt mi pozostał. Brandon Jovanovich  niestety nie przeszedł podobnej partnerce metamorfozy i przez całe przedstawienie śpiewał ściśniętym gardłem i porwaną frazą. Jest to tenor o ciemnej barwie, co samo w sobie może być bardzo atrakcyjne, ale tym razem nie było. Za to ponad wszelkie pochwały spisała się Jamie Barton jako Jeżibaba. Stworzyła postać śmieszną i groźną jednocześnie, no i ten błysk w oku! Wokalnie jej występ można uznać za lekcję, jak się tę partię śpiewać powinno – ani jednego nietrafionego dźwięku. Barton znakomicie panuje nad barwą swego mezzosopranu, potrafi na życzenie nie tylko ją ściemniać czy rozjaśniać, ale też zaokrąglać lub wyostrzać. Eric Owens, skrzywdzony jako Wodnik kostiumem był tym razem na właściwym miejscu, w przeciwieństwie do nieudanego występu w „L’Amour de loin” (co sam przyznał w przerwie). Artysta dysponuje instrumentem o wyjątkowej urodzie : to bas gęsty, głęboki, ciemny. Umie z tego daru zrobić odpowiedni użytek.Mark Elder dobrze poprowadził orkiestrę Met, ale jest to jeden z najlpszych zespołów na świecie - wystarczy nie zepsuć. Nie zepsuł.









Do bydgoskiej opery wybieram się już od dawna, ale zawsze coś staje na
przeszkodzie – braki czasowe, finansowe czy, choć to pożałowania godne własne lenistwo. O tamtejszej „Rusałce” sporo słyszałam, na ogół dobrze, więc projekt wydania jej na DVD serdecznie mnie ucieszył. Czekałam dosyć długo, i wreszcie (dzięki szybkiej i miłej załodze Biura Obsługi Widzów) płyta znalazła się w moich rękach. Jest godna komplementów za stronę edytorską, zwłaszcza za wstępny tekst w książce programowej, który doskonale przybliża widzowi spoza Bydgoszczy miejsca akcji. Tak, ta „Rusałka” dzieje się tam właśnie, bardzo blisko budynku opery – na i pod lokalnym, stylowym mostem, w nurtach Brdy. Nie mamy więc leśnego jeziora, ale charakter opowieści został w zasadzie zachowany. W zasadzie, bo niestety poszczególne akty bardzo się różnią jakością – po pięknym pierwszym dostajemy bardzo niedobry drugi, napakowany fatalnymi pomysłami reżyserskimi by w trzecim powrócić do rzeki i do poezji, którą libretto emanuje. Doskonale też widać, które szczegóły dodano trochę na siłę by wpisały się w ogólną koncepcję inscenizacyjną – najbardziej uderzającą i niepotrzebną jest utożsamienie Wodnika z rzeźbą Jerzego Kędziory „Przechodzący przez rzekę”. Owszem, jest to element charakterystyczny, ale zwyczajnie nie zadziałał – wydał mi się sztuczny. Nie bardzo też mogę się pogodzić z ustawieniem postaci Obcej Księżniczki – zaprezentowano nam  ją jako zwyczajną kokotę, wulgarną i nieciekawą. Za to Jeżibaba, młoda, seksowna i temperamentna – proszę bardzo, czemu nie. Nie zachwyciła mnie drugim akcie różowa muszla, w której Książe dopuszczał się zdrady, bo wyglądało to jak wyjęte z przedwojennego, prowincjonalnego kabaretu. Zastanawiające jest poza tym upodobanie scenografa i projektanta kostiumów  Mariusza Napierały do damskich pantalonów, bo kazał w nich biegać nie tylko Obcej Księżniczce, ale też Rusałce. Ale – przy tych wszystkich zastrzeżeniach zarówno reżyserce Kristinie Wuss jak p. Napierale należą się gratulacje i komplementy – ta wizja bydgoskiej Rusałki jest spójna, piękna i co najważniejsze zawiera w sobie ulotny, baśniowo-melancholijny czar bez którego ta opera nie istnieje. Niemała w tym zasługa Magdaleny Polkowskiej, stanowiącej całkowite przeciwieństwo sławniejszej koleżanki z Met. Polkowska jest młoda i naturalnie śliczna, ale nie w tym rzecz. Absolutna szczerość przekazu, naturalność bez pozy spowodowała, że oddychało się razem z jej bohaterką, co zdarza się niesłychanie rzadko, nawet na najlepszych scenach świata. Oprócz tej kardynalnej zalety Magdalena Polkowska ma jeszcze inne, czysto wokalne. Jej głos nie imponuje dużym wolumenem, ale jest prześliczny, srebrzysty w barwie a w przeciwieństwie do Opolais nasza śpiewaczka wie na czym polega słowiańska kantylena i prowadzi ją świetnie. Podobnie z Tadeuszem Szlenkierem -  jego tenor nie oszałamia rozmiarem, ale urodą i owszem, artysta znakomicie frazuje a  przede wszystkim śpiewa elegancko, co jest warunkiem powodzenia w partii Księcia i dokładnie tym, czego zabrakło amerykańskiemu odpowiednikowi. Szlenkier stworzył też sympatyczną i ciepłą postać zbłąkanego kochanka. Darina Gapicz w ramach zakreślonych przez reżyserkę okazała się dobrą Jeżibabą, zarówno aktorsko jak wokalnie, ale z Jamie Barton równać się nie może. Największe rozczarowanie to Wodnik w wykonaniu Jacka Greszty – tu potrzeba ciepłego, miękkiego głosu basowego a nie matowego bas-barytona. Maciej Figas i orkiestra Opery Nova byli w porządku – troszkę błędów dało się  wysłyszeć, ale ogólnie muzyka brzmiała dobrze i przede wszystkim – bardzo klimatycznie
Jak więc z tego porównania wynika – oba przedstawienia miały swoje wady i zalety, ale wniosek ostateczny jest krzepiący. Nie trzeba mieć olbrzymich pieniędzy i najsławniejszych nazwisk w obsadzie, żeby stworzyć spektakl mogący stanąć w zawody z produkcją sceny nowojorskiej. Gdyby mi kazano wybrać – wybrałabym Bydgoszcz. Bo „Rusałka” Rusałką stoi a Magdalena Polkowska znacznie lepiej oddała charakter postaci, zarówno pod względem wokalnym jak aktorskim. No i miała lepszego Księcia. 











11 komentarzy:

  1. Cieszę się, że się zgadzamy, że bydgoska "Rusałka" jest naprawdę bardzo udana i jest kogo posłuchać:) Będą ją grali 25, 26 i 28 marca - wtedy się wybieram i kupię DVD.
    Nowojorska także przypadła mi do gustu, nie jestem taka surowa. Opolais była chłodna, "obca", ale taka interpretacja mnie przekonała. A Jovanovich też moim zdaniem nie wypadł źle - nie zna, jak sądzę, żadnego słowiańskiego języka, zawsze frazowanie będzie miał w takiej sytuacji utrudnione, a wydaje mi się, że czeski pod tym względem jest szczególnie trudny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z pewnością czeski jest językiem trudnym artykulacyjnie, nawet dla Polaka (wystarczy posłuchać jak kiepsko sobie z nim radzi Mariusz Kwiecień, który operuje bezbłędną dykcją w wielu innych językach). Ale przecież da się, Jovanovich nie jest pierwszym obcokrajowcem wykonującym tę rolę. Może nie odebrałabym go tak źle, gdyby moja kolejność tych "Rusałek" była odwrotna, ale po Szlenkierze ... Do Bydgoszczy może wreszcie uda mi się dotrzeć na "Wesele Figara", na co już się cieszę. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiaj pojawił się program Bydgoskiego Festiwalu Operowego. Liczyłam, że przyjedzie Szczecin z "The Turn of the Screw" Brittena i faktycznie jest 4 maja!!! Pozdrawiam

      Usuń
    2. A tu jest link: http://www.opera.bydgoszcz.pl/343,bydgoski-festiwal-operowy.html

      Usuń
    3. Dzięki za wieści, świetny program.Właściwie powinnam zostać w Bydgoszczy od początku festiwalu do 8 maja! Tak się nie da niestety, ani czasu tyle ani kasy, ale będę się głowić.

      Usuń
  3. Też rozważam wyjazd na tego Brittena.
    Przy okazji polecam poznańskiego Borysa Godunowa - to wyborny spektakl, zarówno pod względem teatralnym, jak i muzycznym.
    Drusilla

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak słyszałam, na "Borysie" chcę być, podobnie jak na Brittenie. "Poławiaczy" sobie odpuszczę, chociaż z żalem - może będą ich grać we wrześniu kiedy pojadę na Wratislavia Cantans.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie rozumiem tych zachwytów nad Szlenkierem którego słyszałem w warszawskim Strasznym Dworze i był to występ marny a momentami żenujący.

    OdpowiedzUsuń
  6. Być może, ale - inny dzień, inna muzyka. Ja go w Moniuszce nie słyszałam, nie mogę się odnieść do tego konkretnego występu.

    OdpowiedzUsuń
  7. W Strasznym Dworze w TW słyszałam go kilka razy i rzeczywiście ciężko się słuchało, ale ostatnio miałam przyjemność zobaczyć go w Bydgoszczy w Rigoletto i byłam pod olbrzymim wrażeniem, jak nie ten sam śpiewak, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No właśnie. Repertuar dobrze leżący w głosie, leszy dzień - i rezultat krańcowo różny.

    OdpowiedzUsuń