niedziela, 20 maja 2018

"Lucia di Lammermoor" w Monachium


Trzy lata temu, kiedy produkcja „Lucii di Lammermoor” Barbary Wysockiej była transmitowana przez Bayerische Staatsoper w Internecie ogllądałam ją z mieszanymi uczuciami. Pomyślałam, że chciałabym to obejrzeć raz jeszcze, ale z subtelniejszą śpiewaczką w roli głównej. Okazja nadarzyła się w bieżącym sezonie, a że Enrico Ashton to jedna z zaledwie dwóch partii wykonywanych regularnie przez Mariusza Kwietnia w której nie słyszałam go na żywo (druga to Zurga) postanowiłam ów brak nadrobić i w piękny, majowy wieczór znalazłam się na widowni. Koncepcja reżyserska spektaklu dziś wydaje się być szczególnie na czasie ale powstała przed akcją # MeToo. Przesunięcie czasowe Wysocka tłumaczyła przy okazji premiery tym co zawsze - chęcią przybliżenia fabuły współczesnemu widzowi. Uważała wówczas że przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dwudziestego wieku to ostatni okres w którym w tak zwanym cywilizowanym świecie można było kobietę całkowicie uprzedmiotowić i zmusić do małżeństwa. Takie założenie doprowadziło do powstania spektaklu wprawdzie koherentnego i nawet atrakcyjnego ale zawierającego momenty cokolwiek nazbyt wyraziste. Problem nie w samym natężeniu uczuć, które już w libretcie i muzyce jest potężne, ale w zupełnie różnym od oryginalnego rodzaju ekspresji. Lucia wymachująca bronią palną w ataku nie tyle romantycznego szaleństwa co wybuchu histerii podkreślanej jeszcze przez „nadmiarowy” typ aktorstwa Diany Damrau jakoś nie składała się w całość z zaświatowym dźwiękiem szklanej harmonijki. Dużo lepiej wypadła postać Edgarda jako quasi Jamesa Deana jeżdżącego kremowym kabrioletem marki Cadillac. Uzasadniało to jakoś niezbyt w oryginale interesujący charakter wiecznie utyskującego bohatera (tenorzy w operach romantycznych już tak mają). Nowa odsłona inscenizacji Wysockiej okazała się lepsza od pierwszej – postulat dotyczący odtwórczyni roli Lucii  został, ku mej radości spełniony. Venera Gimadieva, nawet w twarzowych zresztą kostiumach z zupełnie innej niż należało epoki i z pistoletem w dłoni okazała się bohaterką wzruszająco kruchą i bezbronną. Wokalnie poradziła sobie znakomicie a jej dialog z Sashą Reckertem grającym na szklanej harmonijce należał do najlepszych, jakie słyszałam. Muzyk doczekał się specjalnych podziękowań od śpiewaczki przy ukłonach. Stylistycznie Gimadieva była bez zarzutu, prawdziwie belcantowa. O jej amancie można powiedzieć to samo, ale pod jego względem mam kilka niebłahych zarzutów. Juan Diego Florez po raz drugi (po Barcelonie) był Edgardem i poza fragmentami czysto lirycznymi wolumen jego głosu nie dorastał do wymagań partii. W scenach zespołowych, w tym w sławnym sekstecie był słabo słyszalny a w duecie z barytonem Mariusz Kwiecień musiał bardzo uważać by nie zagłuszyć partnera. Na szczęście po wielkiej dramatycznej arii, która nie zabrzmiała tak mocno jak powinna następuje „Tu che a Dio spiegasti l’ali”, a tam Florez znajduje się na swoim terenie. Mógł zaprezentować umiejętności nabyte przez lata śpiewania lżejszego repertuaru i zrobił to pięknie mistrzowsko kształtując frazę a co za tym idzie prowadząc kantylenę . Z premierowej odsłony tej „Lucii” kompletnie nie zapamiętałam Enrica, z czego wniosek, że musiał być nieco wyblakły i anonimowy. Czego jak czego, ale tych cech nie da się zarzucić Mariuszowi Kwietniowi, który ma potężną osobowość sceniczną. Brylował za jej przyczyną i tym razem, chociaż wokalnie miał troszkę kłopotów z intonacją. Nie było to nic alarmującego, miałam wrażenie, iż choroba która wykluczyła go ze wszystkich spektakli „Don Giovanniego” w Dallas nie została doleczona do końca. Te niewielkie problemy wystąpiły głównie na początku, w arii, która nie jest zbyt ciekawa, w efektownych duetach Kwiecień spisał się już brawurowo. Mika Kares, z którym zetknęłam się przy okazji poprzedniej wizyty w Monachium był bardzo atrakcyjnym Raymondem – pod każdym względem. Przyznaję, iż często tylko przeczekuję fragmenty partytury wykonywane przez tę postać. Tym razem słuchałam. I to uważnie.  Antonino Fogliani poprowadził orkiestrę porządnie, nieco z szybko, bez ewidentnych niedostatków i bez dających się przytoczyć szczególnych zalet. Na koniec drobna uwaga. Jeśli może widzieli Państwo barcelońską „Lucię” z Juanem Diego Florezem  w kinie lub w sieci – nie myślcie proszę, że zgłaszam zastrzeżenia do jego Edgarda, bo nie lubię solisty. Przeciwnie, lubię i i szanuję. Ale – głos wzmocniony przez czułe mikrofony przy okazji medialnej transmisji a słuchany bezpośrednio ze sceny to dwa różne światy.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz