środa, 2 maja 2018

Znakomita "Faworyta" bez gwiazd we Florencji


Majówka – grzeje, świeci, czasem groźnie zamruczy burza i raczej nie spędzamy czasu w wirtualnej czy realnej operze. Chyba, że ktoś jest maniakiem, co mnie jak najbardziej dotyczy – dlatego też zdecydowałam się obejrzeć spektakl wystawiany na Maggio Musicale Fiorentino. Fabuła „Faworyty” nie do końca jest typowa (pisałam już o tym dziele kilkakrotnie, teraz więc krótko), szczególnie pomysł obsadzenia królewskiej metresy w partii głównej i przydzielenie jej roli skrzywdzonej niewinności był i pozostał ryzykowny. Zwłaszcza, że anioł ów z premedytacją uwodzi młodego mnicha … Jeszcze ciekawiej prezentuje się nominalny czarny charakter, wyposażony nie tylko typowe atrybuty swego stanu, ale też w wyraźną sugestię, że może się za nimi kryć szczere uczucie. Najważniejsze, że wszystko to zainspirowało Donizettiego do stworzenia jednej z jego najpiękniejszych partytur. Wyznam Państwu, że jeden z jej fragmentów, zresztą dosyć muzycznie banalny to dla mnie straszliwy earworm – wystarczy, że raz go usłyszę a tydzień snucia się melodii po głowie  gwarantowany. Tak w moim wypadku działa dziarska cabaletta Alphonse’a. Możecie się domyślić, że ponieważ oglądałam florenckie przedstawienie niedawno nadal mój mózg nie odpuszcza i nieubłaganie wraca do „Léonor! Mon amour brave …”.
Przechodząc do konkretów wierzcie mi lub nie, ale była to pierwsza w moim życiu „Faworyta” pokazana tradycyjnie i zgodnie z librettem. Produkcja powstała w 2002 roku i była przeznaczona dla Barcelony, ale 16 lat później we Florencji sprawdziła się bardzo dobrze. Ariel García Valdés (do wznowienia przygotował spektakl Derek Gimpel) rozegrał akcję dokładnie tak, jak została napisana, nie dodając żadnych kontekstów. I to wystarczy, w co niestety większość współczesnych reżyserów nie wierzy. W tym wypadku konserwatywne spojrzenie na romantyczną operę polegało także na pozwoleniu śpiewakom na popis – tam, gdzie się dało solistę śpiewającego arię pozostawiano samego na scenie, co pozwalało publiczności skupić się wyłącznie na tej postaci i jej uczuciach. Paskudnie mieszczańskie? Taka jest natura i cel arii, o czym dziś często zapominamy. Reżyser miał znakomitych sojuszników w projektancie kostiumów i scenografii – Jean-Pierre Vergier  i świateł – Dominique Borrini. Wnętrza były stylowe ale nie przeładowane, właściwie wręcz bardzo proste, nieco bardziej Vergier poszalał sobie przy kostiumach. Biorąc to wszystko pod uwagę i mając głowę niezaprzątniętną rozkminianiem reżyserskich obsesji (żadnego „co innego widzisz, co innego słyszysz” ) można się było spokojnie skupić na muzycznej stronie przedstawienia, a było na czym! Przede wszystkim Fabio Luisi poprowadził orkiestrę po mistrzowsku, zachowując idealne proporcje między grupami instrumentów, dopieszczając detale i wydatnie wspierając solistów dzięki doskonałemu panowaniu nad dynamiką dźwięku. Naprawdę, dawno już nie słyszałam tak świetnie granego Donizettiego. Najwyższe komplementy należą się również Veronice Simeoni, której Leonor wydała mi się lepsza od gwiazdorskiej kreacji Eliny Garančy. Przede wszystkim dzięki brakowi dystansu, tej niewidzialnej szyby, która dzieli łotewską śpiewaczkę od jej bohaterki (i publiczności). Simeoni nie musiała się rozgrzewać, była Leonor od pierwszych taktów i chwil na scenie. Dotyczy to także czysto wokalnej strony występu – emocje, którymi wibrował jej głos  bardzo  postać uwiarygodnił, a przy tym śpiewała stylowo i z absolutną pewnością intonacyjną.  Celso Albelo jest jednym z najlepszych współczesnych tenorów lirycznych, a jakoś w czasach rzekomego kryzysu wokalnego światowe sceny nimi obrodziły. Albelo, to jak mówią górnolotnie „motyl o żelaznych skrzydłach” – brzmi słodko, rozlewnie, ma perfekcyjne legato i podobnie jak koleżanka nienaganny styl. Jest jednak absolutnie pewny każdego dźwięku. Nie tworzy idealnej postaci ze względu na brak odpowiednio romantycznego wizerunku, ale też nie straszy, oczu zamykać nie trzeba. Najmłodszy w tym gronie baryton (rocznik 1984) Mattia Oliveri sprawiał wrażenie, jakby czuł się w roli Alphonsa niezbyt pewnie. W duecie z Leonor zamiast patrzeć na obiekt uczuć wlepiał nieco przerażone spojrzenie w dyrygenta (a oczy ma duże i wyraziste), co w końcu zauważył realizator transmisji i zaczął pokazywać parę z  dystansu. Nie wiem, miał za mało czasu na przygotowanie partii. Na razie należy do kategorii obiecujących, ale mimo ciekawego głosu trochę nauki jeszcze przed nim. Dobrze byłoby zapanować nad nieco zbyt rozhulanym vibrato i popracować nad zarządzaniem barwą. Aktorstwo Oliveriego jest dosyć staromodne i cokolwiek mimicznie nadekspresyjne, ale biorąc pod uwagę wiek , jak na barytona niezaawansowany wszystko to jest do nadrobiena. W każdym razie bez wątpliwości to talent, kóry będę z przyjemnością obserwować.Ugo Guagliardo okazał się przyzwoitym Balthasarem, aczkolwiek nie ma imponującego dołu skali który u basów robi duże wrażenie. Skład śpiewaczy pięknie uzupełnili Francesca Longari – świetna Ines i Manuel Amati – dobry Don Gaspar. Jak Państwo widzą – przestawienie bez gwiazd może się okazać ciekawsze od niejednego gwiezdnego wehikułu. Co możecie sprawdzić na Opera Vision lub YT.
P.S. Kto z Was wybiera się w najbliższych dniach do Teatru Wielkiego w Warszawie powinien uważnie sprawdzać wiadomości – pracownicy techniczni domagają się podwyżek płac (całkiem słusznie) i możecie zastać zamknięte drzwi jeśli dojdzie do zapowiadanego strajku. Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie, zwłaszcza ze względu na „Ognistego anioła”.










1 komentarz:

  1. Jakby ktoś się ciekawił jak Jakub J. Orliński wypadł w kwietniu na recitalu w małym ewangelickim kościółku przy morzu na Uznamie (z Il Pomo d'Oro) to może zajrzeć na reaktywowany po roku Blog gdzie skrobnąłem parę zdań. Słuchałem go, przyznaję się bez bicia, pierwszy raz więc niejako dziewiczo i bez uprzedzeń. Naprawdę chłopak jest niesamowicie utalentowany - przynajmniej w wersji live.

    OdpowiedzUsuń