sobota, 6 września 2014

Joyce DiDonato i "Stella di Napoli"

Dla dziatwy uczącej się i niektórych rodziców zmuszonych wydać  miesięczny dochód   na wyposażenie potomstwa do szkoły wrzesień nie jest wesołym miesiącem. Dla nas, operomaniaków – wręcz przeciwnie. Sezon się zaczyna, teatry otwierają podwoje po przerwie, wytwórnie płytowe zasypują nas nowościami.  Właśnie jako pierwszy z całej serii recitalowej zapowiedzianej na jesień ukazał się krążek  Joyce DiDonato  zatytułowany „Stella di Napoli”, co w tym wypadku ma potrójne znaczenie. Po pierwsze, oczywiście stella to gwiazda, jak Joyce, po drugie Stella jest najstarszą dzielnicą Neapolu, po trzecie zaś bohaterką zapomnianej opery Paciniego. To właśnie od jej arii zaczyna się ten recital, który pozwala uwierzyć, że nie wszystko stracone – belcanto przetrwa, skoro są takie śpiewaczki jak DiDonato. Dysponuje ona szczególnym rodzajem głosu – w zasadzie kwalilfiuje się ją jako mezzosopran, ale w jej skali leżą również niektóre partie sopranowe. Przy tym to instrument o pięknej, połyskliwej barwie, dużej giętkości i dźwięczności, z dobrą górą i miłą dla ucha średnicą. Nie imponuje może szczególną głębią w dole skali, ale nie każdy może być Ewą Podleś. Repertuar  na płycie został dobrany według starej zasady „dla każdego coś miłego” – coś dostali zwolennicy melacholijnego, rozmarzonego Belliniego, melodyjnego dramatu a la Donizetti, wreszcie rossiniowskiej pirotechniki wokalnej. Ci, którzy ciągle poszukują rarytasów maja do dyspozycji dwie arie Paciniego, po jednej Mercadantego i Carafy a wreszcie wyjątek  z opery kompozytora, o którym nawet w czasach Google’a niełatwo znaleźć informacje – Carlo Valentiniego.  Tytuł jego dzieła brzmi nieco znajomo – „Il sonnambulo”, ale historia, którą opowiada znacznie różni się od jego żeńskiej odpowiedniczki.  Za to „Le nozze di Lammermoor” Carafy opiera się na tej samej powieści Waltera Scotta , co wszystkim znany przebój. Takie porównania, nawet w formie szczątkowej  (tylko jeden krótki fragment) bywają bardzo interesujące, bo są dowodem na to, jak różne osobowości artystyczne traktują tę samą treść. Mamy tu również delikatne pułapki stylistyczne – konia z rzędem temu, kto nie znając utworu przypisałby arię Amelii z Elisabetty na zamku Kenilworth” Donizettiemu, tak jest smutno-słodka, mgławicowa i delikatna niczym Bellini. Natomiast tytułowa Stella daje wykonawczyni szansę na zaprezentowanie pełni talentów aktorskich – nie znając ani wcześniej ani muzyki, ani fabuły odebrałam tę bohaterkę jak bliźniaczkę Rosiny – temperamentne dziewczę z charakterem, które w razie potrzeby potrafi zarówno spuścić skromnie oczęta jak tupnąć kształtną nóżką. Joyce DiDonato to interpretatorka niezrównana, nie musimy jej widzieć, żeby odebrać emocje postaci. Tu nie ma kwestii „no dobrze, ale o czym ta dama tak pięknie śpiewa”. A przy tym  technika wokalna jest nieskazitelna, frazuje pięknie, koloratura, nawet  tak wymagająca jak w „Zelmirze” nie sprawia jej żadnych problemów . Brawo, Joyce, ze wszech miar udana płyta! Dodać należy, że zarówno orkiestra i chór Opéra National de Lyon (rozbudowane partie solowe klarnetu, harfy i  … cymbałków wykonane zostały świetnie) , jak wspomagający śpiewacy drugoplanowi, wszyscy ono pod pewną ręką Riccardo Minasiego sprawili się  znakomicie. Ten krążek powoduje, że moja radość z tego, iż to właśnie DiDonato ma być , według słów Mariusza Kwietnia jego partnerką w duetach z “Faworyty” i “Roberto Devereux”  podczas nagrywania nowego recitalu naszego barytona jest jeszcze pełniejsza.A ponieważ nie samą operą meloman żyje, wybieram się właśnie na kilka koncertów  Wratislavia Cantans. Ze szczególną nadzieją oczekuję występu Collegium 1704 pod  Vaclavem Luksem, którego nazwisko wyjątkowo współgra z hasłem tegorocznej edycji festiwalu “Z ciemności w światło”.

Wszystkim Czytelnikom, gdziekolwiek się znajdujecie życzę pięknego sezonu, wspaniałych wrażeń muzycznych w teatrach, salach koncertowych i przed ekranem kinowym lub telewizyjnym!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz