wtorek, 2 września 2014

Artur Ruciński, Verdi i "Zbójcy"



Tak jak chyba wszyscy polscy operomaniacy  miałam w drugiej połowie sierpnia dużo radości z sukcesu Artura Rucińskiego na salzburskim festiwalu. Międzynarodowa kariera naszego barytona nie zaczęła się wprawdzie ani dziś, ani wczoraj, ale w ostatnim czasie nabrała gwałtownego przyspieszenia. Śledzę życzliwie drogi artystyczne wszystkich polskich śpiewaków, którzy dopracowali się już solidnej pozycji na światowych scenach i tych, którzy są u początku tej drogi. Nie ukrywam jednak, że dwóch artystów zajmuje w moim melomańskim sercu miejsce szczególne a jednym z nich jest Ruciński. Dlaczego akurat on? Poza oczywistym talentem, urodą głosu i zaletami profesjonalnymi (bagatela) także dlatego, że jego rozwój artystyczny miałam możliwość obserwować od początku, jako, że zarówno nauka jak kariera związana jest od startu w moim miastem (w czasach, kiedy studiował  bywałam nawet na egzaminach wokalnych w warszawskiej Akademii Muzycznej). Widziałam i słyszałam najważniejsze role Rucińskiego w Teatrze Wielkim i Operze Kameralnej  - od Guglielma, Papagena i Hrabiego Almavivy przez Janusza, Valentina i Sharplessa do Enrica w „Lucii di Lammermoor” u boku Aleksandry Kurzak. Nie trafił mi się tylko jego Oniegin, co zamierzam nadrobić w tym sezonie. Cała ta wyliczanka stanowi najlepszy dowód na to, jak mądrym i cierpliwym człowiekiem jest p. Artur. Potrafił pozwolić swojemu głosowi rozwijać się spokojnie i naturalnie, co u barytona trochę trwa. Oparł się propozycjom, które temu nie sprzyjały,  chociaż mogły zapewnić doraźny sukces, który jednakże byłby pewnie krótkotrwały. Dziś, kiedy ma 38 lat  głos pociemniał, rozrósł się i jest już gotów do śpiewania Verdiego. I to jest wspaniała wiadomość dla widzów/słuchaczy na całym świecie, dla nas, krajowców zaprawiona lekką nutką goryczy – im większa sława i pozycja, tym rzadziej widywać pewnie będziemy Rucińskiego w domu. Chyba, że weźmie przykład z niewiele (trochę ponad 3 lata) starszego kolegi, Mariusza Kwietnia, który dla Krakowa znajduje czas w każdym sezonie i nie są to tylko koncerty. W każdym razie to właśnie Ruciński ma szansę dołączyć do Ludovica Teziera  i zaspokoić chociaż w części głód obecności prawdziwego baritone verdiano na scenach całego globu. Nie lekceważę wcale dokonań  Andrzeja Dobbera, Željko Lučića, George Peteana czy Dmitri Hvorostovsky’ego , ale raczej trudno mi któregokolwiek z nich uznać za następcę Piero Cappuccillego czy nawet Sherrilla Milesa, o dawniejszych mistrzach nie mówiąc. Artur Ruciński jest dopiero na początku verdiowskiej drogi (wykonuje na razie zaledwie 4 role, koncertowego występu jako Ezio w „Attyli” nie licząc), ale to początek niezwykle wręcz obiecujący. W kraju nie mieliśmy dotąd szczęścia, oprócz właśnie Ezia podziwiać  go  w tym repertuarze, pozostają nam więc tylko strzępy na YT, ale nawet one doskonale świadczą o perspektywach naszego barytona. Jeśli ktoś chciałby pełniejszego dowodu pozostaje tylko rejestracja „Zbójców” (I Masnadieri) z neapolitańskiego Teatro San Carlo z marca 2012, ale to potwierdzenie całkowicie wystarczające. „Zbójcy” to, proszę o wybaczenie wszystkich ortodoksyjnych wielbicieli klasyki  nie jest ani dobra sztuka, mimo, że napisał ją Schiller, ani dobra opera. Dzieło Verdiego, mimo wszystko daje się dziś słuchać (zastanawiająco przypomina mi „Giovannę d’Arco” , zwłaszcza te cabaletty w rytmie wesołej galopady, taką ma nawet do zaśpiewania chór), zawiera też przynajmniej jedną perełkę – wielką scenę Francesca z początku czwartego aktu. Verdi lubił niskie głosy męskie i często pisał dla nich partie ciekawsze od tenorowych (nawet, jeśli to tenor był bohaterem tytułowym i kłaniał się jako ostatni). W tym wypadku tak właśnie się stało, a Ruciński wykorzystał szansę, jaką dali mu kompozytor do spółki z reżyserem. Gabriele Lavia, były aktor zaczynający swą karierę w filmach najwyraźniej miał pomysł tylko na czarny charakter,  reszta wykonawców musiała sobie radzić sama, co wobec ich wątłych talentów scenicznych nie dało ciekawych rezultatów. Wokalnie było znacznie lepiej. Zaskoczył mnie pozytywnie Aquilles Machado śpiewający bardzo dobrze głosem rozmiarze „lekkopółśrednim”, ale dźwięcznym, nośnym, z niezłą górą i pewnością intonacyjną. Nie przepadam za barwą sopranu Lucrezii Garcii, trzeba jednak przyznać, że to śpiewaczka fachowa,  szczególnie w dramatycznych fragmentach roli (lamentacyjne, wymagające nienagannego legato nie leżą jej już tak dobrze). Tyle, że oboje stanowili dla Artura Rucińskiego tylko blade tło, bo on nie tylko świetnie śpiewał, ale też stworzył wspaniałą postać. Jego Francesco jest kaleki nie tylko duchowo, ale i fizycznie: garbaty, kulejący, przykurczony – warto popatrzeć jak niezwykle trudne od strony technicznej zadanie nie przeszkadza Rucińskiemu w skupieniu się na pracy czysto wokalnej. Nienaganna emisja, fantastyczna technika oddechowa i wyrównanie we wszystkich rejestrach czyni ten wcale nie potężny głos instrumentem idealnie posłusznym woli swego właściciela. I co za interpretacja, momentami aż ciarki przechodzą po grzbiecie! Gwoli sprawiedliwości musze dodać, że wszyscy śpiewacy otrzymali właściwe wsparcie ze strony dyrygenta Nicoli Luisottiego i orkiestry Teatro San Carlo. Żałuję tylko, że nie znam nazwiska muzyka pięknie realizującego długie  solo w uwerturze (właściwie stanowiącej concertino na wiolonczelę). Wracając zaś do głównego bohatera tego posta wygląda na to, że czeka go bardzo ciekawa przyszłość. Poza planami już znanymi będzie on przecież cieszyć się rezultatami błyskotliwego debiutu salzburskiego, który może przynieść konsekwencje znacznie dalej idące niż nagłe zastępstwo w ROH. Tamten występ w egzystującej już od wielu lat, ciągle tej samej produkcji u boku dobrych, ale niemających jeszcze pozycji gwiazd kolegów to jednak zupełnie co innego niż towarzyszenie na scenie superdivie w prestiżowym spektaklu na wielkim festiwalu. Jeśli istnieją jeszcze jacyś szefowie od obsad, którzy o Rucińskim nie słyszeli, teraz to się zmieni, bo baritone verdiano to skarb. Już w tym miesiącu Rucińskiego czeka przygoda bardzo interesująca – nie tylko debiut w La Scali, ale też kolejna rola verdiowska. Uczciwie  mówiąc, drugoplanowa, ale taka, w której można zaprezentować zarówno walory głosowe, jak aktorskie. W dodatku u boku Placida Domingo, którego z takim powodzeniem zastąpił nasz śpiewak w „Trubadurze”. Moim zdaniem, to nie Ruciński powinien się tej nieuchronnej konfrontacji obawiać … Mnie jednak jeszcze bardziej od początku sezonu interesuje w jego wypadku końcówka, kiedy to pojawi się na scenie Opera Bastille jako Don Giovanni. Będzie to debiut Rucińskiego w tej ikonicznej roli i chyba już na to najwyższy czas, bo za chwilę zapewne Verdi zawładnie wykonywanym przez niego repertuarem na dobre.         https://www.youtube.com/watch?v=v10th2NRRSs
https://www.youtube.com/watch?v=weaXxKav-ak
https://www.youtube.com/watch?v=CrGITLPy4Uw    
https://www.youtube.com/watch?v=F6sRdStzjTs








 

5 komentarzy:

  1. 7 lutego 2015 usłyszymy Artura Rucińskiego w Operze Wrocławskiej w "Eugeniuszu Onieginie"

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniale! Będzie to nowa produkcja, ale na razie na stronie nie dostrzegłam informacji o obsadzie i autorach tej premiery. W każdym razie pretekst do odwiedzenia mojego ulubionego (poza rodzinnym oczywiście) polskiego miasta jest jak złoto!

    OdpowiedzUsuń
  3. Na oficjalnej stronie Artura Rucińskiego można odnaleźć potwierdzenie, mam nadzieję że nic się nie zmieni, bilety zarezerwowane ! Zapraszam do Wrocławia !

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety dzisiaj nie zaspiewa Oniegina w Operze Wroclawskiej.

    OdpowiedzUsuń
  5. O, to smutne, chory? Tak to jest ze śpiewakami - zimą wirusy i przeziębienia, latem alergie. W Warszawie tez nie śpiewał wszystkich zaplanowanych spektakli.

    OdpowiedzUsuń