niedziela, 23 listopada 2014

Głos anioła - Montserrat Caballe

Jak śpiewają anioły? Zapewne każdy, kto się nad tym egzotycznym (i ezoterycznym) tematem choć przez moment zastanawiał ma własną opinię. Niektórzy uważają, że to niewyobrażalne, nieziemskie niczym … głos Boga w filmie Dogma” inni zaś już na ziemi słyszą przedsmak tego dźwięku przypisując mu podobieństwo do brzmienia szczególnie bliskich swemu sercu  sopranów (także męskich i chłopięcych). Zaszczyt  taki nie spotyka na ogół niższych głosów, kojarzących się zapewne nieco zbyt zmysłowo, więc po ludzku. Nie do końca to rozumiem, bo dla mnie anioł mógłby spokojnie odzywać się basem Rene Pape, ale nie o nim chcę dzisiaj napisać. Nie będzie to także post poświęcony Renacie Tebaldi, której instrumentowi chyba najczęściej anielskość przypisywano. Mojemu wyobrażeniu o śpiewie boskiej istoty do dziś najbliższe jest pianissimo Montserrat Caballe. W średnicy i dole skali jej głos miał specyficzne, przyciemnione, sensualne zabarwienie, w górze także nie przypominał kryształowego, jasnego strumienia dźwięku produkowanego przez wielką Włoszkę. Caballe otrzymała od natury niezwykły dar - sopran nieprzypominający żadnego innego na świecie. Nie potrafię powiedzieć jakim stopniu zdolność do śpiewania tych niepodrabialnych piano i pianissimo była przyrodzona, a w jakim wynikała z wyszkolenia. Początki jej kariery nie były łatwe ani obiecujące i pewnie utknęłaby na stałe w niemieckich niewielkich teatrach (w tych prestiżowych oferowano jej na ogół drugoplanowe partie), gdyby nie słynne nagłe zastępstwo w koncertowej wersji  „Lucrezii Borgii” w Carnegie Hall. Jeden wieczór i mit o narodzinach supergwiazdy się zrealizował. A potem – sami wiecie co stało się dalej. Caballe osiągnęła pozycję tak wysoką, że drażniła nią bardzo niektóre, nieodporne na sukcesy innych koleżanki. Należała do nich nawet Maria Callas, która twierdziła, że Caballe pięknie śpiewa, ale nie rozumie charakteru Normy. Oczywiście rozumieć go należało dokładnie tak, jak sama Callas, Hiszpanka musiała drażnić ją podwójnie odmawiając katorżniczego odchudzania dla osiągnięcia prawdy scenicznej . Podczas gdy Maria zapłaciła za wspaniałą figurę najwyższą możliwą dla śpiewaczki cenę, Montserrat tyła sobie beztrosko i nie przeszkadzało jej to ani w posiadaniu szczęśliwej rodziny (mąż , tenor Bernabe Marti zaskoczył ją na próbie „Madamy Butterfly” nazbyt przekonującym pocałunkiem, są małżeństwem do dziś i mają dwoje dorosłych dzieci), ani w karierze. Mówi się dziś, że Caballe była ostatnią prawdziwą divą w dawnym stylu – kapryśną, odwołującą występy z byle powodu, ale śpiewającą tak, że warto było ponieść ryzyko i wszelkie trudy, żeby ją usłyszeć. Ale miała też wielkie serce, dawała masę koncertów charytatywnych, wspierała różne instytucje dobroczynne po cichu. Ostre jak brzytwa poczucie humoru, także na własny temat pozostało z nią i nadal stanowi jedną z najsympatyczniejszych cech gwiazdy. Gdyby nie ono, duet z Freddiem Mercury („Barcelona”) nie miałby szans zaistnieć.  Jako jedna z licznych anegdot o dowcipie Caballe krąży opowieść o tym, jak razem z Placidem Domingo nagrywali „Manon Lescaut”. Domingo w młodości był znacznie, ale to znacznie grubszy niż dziś, miał figurę tylko trochę ustępującą Pavarottiemu, co później mu przeszło bez szkody dla głosu. W każdym razie świeżo po zarejestrowaniu finału pierwszego aktu, kiedy to kochankowie uciekają karetą do Paryża Montserrat stwierdziła figlarnie „nie ma szans, żadne konie by nas nie udźwignęły”. Pomagała też młodszym artystom, na co dowodem szybkość kariery Jose Carrerasa, którą zawdzięcza on starszej koleżance. Wracając jednak do tematu głównego, czyli wokalnych dokonań Caballe warto stwierdzić, że o ile jej role sceniczne często, choć nie zawsze były obciążone zasadniczą wadą – niezgodnością obrazu z dźwiękiem (nie wszystkie, jak choćby wspaniała „Norma” z Orange), to kreacje czystko wokalne miały wyraz, i to często zaskakujący. Jako dowód mogłyby posłużyć partie, których z oczywistych przyczyn nie wykonywała  na żywo (lub wykonywała na początku kariery), ale dokonała ich całościowych nagrań. Jej straussowską Salome niezmiernie wysoko cenił  prof. Janusz Łętowski, także od strony interpretacyjnej. Kto potrafi uwolnić się od terroru obrazka i zapomnieć na czas słuchania o potężnej damie ze sztywną, natapirowaną fryzurą ten wygrany, bo może rozkoszować się bez przeszkód kreacjami dźwiękowymi. Była na przykład dziewczęcą i słodką Mimi u boku nietypowego Rudolfa – Dominga i zwiewną Liu (partia chyba najbardziej anielska jak tylko być może i leżąca w głosie Caballe jak dla niej napisana), znakomitą Violettą .  A jednak kojarzy się głównie z belcantem, w tym szczególnie z Bellinim, Rossinim i Donizettim. Płyty z mniej znanymi ariami tych dwóch ostatnich kompozytorów są bezcennym świadectwem zarówno wielkiej sztuki wokalnej (i będę się przy tym upierać, mimo, iż niektórzy nie uważają Caballe za specjalistkę od Donizettiego) jak i jak nieprawdopodobnego piękna jej głosu. Rossini służył mu dobrze, wystarczy sobie przypomnieć Pamyrę z „Oblężenia Koryntu”, Desdemonę czy Elisabettę. Nie znam też słodszego i bardziej anielskiego  duetu (Ah, guarda sorella) Fiordiligi i Dorabelli niż ten nagrany przez Caballe i Janet Baker, co dało ciekawy efekt psychologiczny dla budowania sylwetek obu bohaterek.

Jak zawsze jestem ciekawa Waszych opinii. Ale obawiam się, że w wypadku Caballe próby przekonania mnie, że są piękniejsze głosy spełzną na niczym. Moje dowody poniżej, w linkach. Posłuchajcie, proszę. Jako ostatni link do jednego z najwspanialszych (aczkolwiek nie najbardziej popularnych) duetów miłosnych w literaturze operowej  - „Lontano, lontano” z „Mefistofelesa” Arrigo Boito.










3 komentarze:

  1. Doceniłem Caballe stosunkowo późno, właściwie niedawno. Wcześniej, oczywiście, absolutnie nie negowałem wyjątkowej urody jej głosu. Mój problem polega na tym, że nie jestem przesadnie wrażliwy na ten aspekt sztuki wokalnej. Jednakże dzisiaj bardzo lubię i cenię nie tylko nieśmiertelną "Normę" z Orange, ale przede wszystkim przeróżne "pirackie" nagrania katalońskiej diwy w operach Donizettiego (choć wcześniej priorytetem była dla mnie np. Leyla Gencer). Bardzo cenię jej płytową Salomę, nieco bardziej się przekonałem do jej nagrania "Traviaty", choć wciąż nie jest ono moim pierwszym czy nawet drugim wyborem.
    Mimo, że cenię Monsę, jak wspomniałem, w Donizettim to za, niestety, niewypał uważam jej nagranie "Lucii" z Carerrasem, choć sympatycznie się słucha ich duetów jednym z filmów Paula Coxa...

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam, to był chyba "Man of flowers". Mój problem z "Lucią" polega głównie na tym, że nie ekscytuje mnie ani trochę główna bohaterka. Też nie uważam Lucii za jedną z najlepszych ról Caballe, ale samo nagranie nie budzi mojego protestu a Carrerasa jako Edgarda nawet bardzo lubię. Monse zaś ogólnie była w Straussie dobra, także w pieśniach. W przeciwieństwie do Netrebko, która zmasakrowała go na nowej płycie. Już nie wiem, co gorsze w jej wykonaniu - Strauss czy biedny Pergolesi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Objawieniem też jest da mnie Marszałkowa z Oktawianem Teresy Żylis Gary.

      Usuń