piątek, 2 stycznia 2015

Ettore Bastianini - prawdziwy baryton verdiowski

Rok należy zaczynać jak najlepiej – a ponieważ nie zdążyło się jeszcze wydarzyć nic, co kryterium jakości  by spełniało – powrót do przeszłości i artysty, którego pamięć pozostaje droga większości melomanów, przynajmniej tych interesujących się operą włoską.Po pół wieku od zakończenia jego kariery i 48 latach po śmierci nazwisko Ettore Bastianiniego pozostaje najprościej mówiąc synonimem określenia „baritone verdiano” .Verdi pisząc tyle wspaniałych arii na ten najbardziej naturalny głos męski musiał chyba przewidzieć nadejście tego właśnie śpiewaka. Koleje jego losu, zarówno zawodowe jak prywatne są dość dobrze znane i łatwo dostępne w mediach, więc poświęcę im zaledwie kilka zdań. Był Toskańczykiem z urodzenia i z całej duszy kochał swoje miasto, Sienę  - tam też pożegnał się ze światem potwierdzając tezę, że wybrańcy bogów umierają młodo. Bastianini miał niewiele ponad 44 lata, zaś choroba, wyjątkowa perfidna w wypadku człowieka pracującego głosem  (rak gardła) wymusiła na nim zakończenie kariery już w 1965 roku. A rozpoczynał ją wprawdzie dosyć wcześnie, ale jako bas, by po mniej wiecej 10 latach przestawić głos i koło trzydziestki startować po raz drugi, już jako baryton.  Pozostało po nim wystarczajaco dużo nagrań, żeby każdy mógł ocenić i docenić sam – wybrałam dla Państwa trochę, ale na You Tubie jest ich mnóstwo. Jako pierwsza rzuca się w uszy niesłychana uroda i pełnia tego bogatego, wspaniałego instrumentu jednocześnie aksamitnego i autoratywnego, wyrównanego  we wszystkich rejestrach – po prostu jednego z najpiękniejszych głosów jakie kiedykolwiek zarejestrowano. Ale tę niesłychaną jakość, do jakiej dziś nawet nie zbliżył się żaden z jego następców dawała ona tylko w komplecie z również najwyższej klasy umiejętnościami. Bastianini nie bał się niczego i bez oporów ryzykował zabrudzenie tego aksamitu dla osiągnięcia rezultatu wyrazowego. Bywał partnerem legend wokalnych wszechczasów i nigdy nie pozstawał w cieniu – nawet Marii Callas czy Franco Corellego. Z tym ostatnim śpiewał wyjątkowo często i gdybym miała wskazać najciekawszy duet baryton – tenor ci dwaj panowie znaleźliby się w najściślejszej czołówce. Wykonywał Bastianini przede wszystkim rodzimy repertuar, w nim czuł się najlepiej.Solidna szkoła belcanto jaką odebrał na studiach procentowała też przy partiach verdiowskich  - jego legato było miodopłynne. Miewał  za to  lekki problem z górą skali, co u ex-basa raczej nie dziwi. Zaś wracając do kwestii wyrazowych warto przyjrzeć się bliżej jego interpretacji szczególnie pod tym względem wymagającej arii – „Eri tu” z „Balu maskowego”. To ten przerażający moment, kiedy Renato (bądź hrabia Anckarström) miotany jest iście piorunującą mieszanką uczuć – furią na dwoje ludzi, których kochał i którzy go zdradzili (bo przecież zdradzili, nawet jeśli nie fizycznie), tęsknotą za utraconą miłością, poczuciem krzywdy, zazdrością i wreszcie tym, które niestety zwycięzy – chęcią zemsty.Ta fenomenalna aria nazbyt często interpretowana bywa monotonnie – albo grzmiąco i wściekle, albo miękko i sentymentalnie. Bastianini ma w głosie wszystkie skomplikowane emocje naraz. Brzmi w nim czułość, gdy wspomina „dolcezze perdute”, ale czujemy w tym samym momencie gniew jego bohatera. 
video
Brak sentymentalizmu przy niepopadaniu w niepotrzebny brutalizm był chyba zasadniczą cechą interpretacji Bastianiniego. Kto nie  wierzy, powinien posłuchać jak jego Rigoletto przeklina dworzan a Iago wygłasza swoje mrożace krew w żyłach credo. Tacy artyści rodzą niesłychanie rzadko – nienaganna technika, uroda głosu i jeszcze ów element tajemniczy i nienazwany, który powoduje, że słuchając masz ciarki na plecach …  A, jakby tego było mało dostał Bastianini od Boga jeszcze jeden prezent – był niezmiernie urodziwym mężczyzną, co bardzo mu się na scenie przydawało. Bo, proszę Państwa dobry wygląd operowych gwiazd nie jest wynalazkiem naszych czasów, niegdyś tylko stanowił dodatkowy bonus do zalet wokalnych, zaś dzisiaj wydaje się najważniejszy. Za te wszystkie dary przyszło Bastianiniemu zapłacić bardzo drogo – odszedł tak wcześnie, że najlepsze dla barytona lata na scenie powinny być  ciągle jeszcze przed nim. Do końca utrzymywał swą chorobę w tajemnicy i ze spokojem znosił kiepskie recenzje pisane przez nieświadomych okrutnych faktów recenzentów. Podobno w ostatnich 2 latach jego wokalnej aktywności (1963-65) zdarzały mu się spektakle kiepskie, ale też porywające – jakby chciał podarować swojej publiczności wszystko, co jeszcze mu pozostało.Na ten Nowy Rok życzmy sobie aby Ettore Bastianini doczekał się wreszcie godnego następcy  a na dobry początek posłuchajmy nagrań mistrza.Wśród nich - na koniec - mała niespodzianka.

https://www.youtube.com/watch?v=zfN7LMQfua8
https://www.youtube.com/watch?v=maebpxPKktY 
https://www.youtube.com/watch?v=wJFFCQdux68
https://www.youtube.com/watch?v=iyWvXtEeIDQ
http://www.youtube.com/watch?v=ZzJhp2efXCE









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz