sobota, 26 maja 2012

„Don Carlo”, Bayerische Staatsoper, 19.101.2012



Los operomaniaka do najłatwiejszych nie należy. Dowiadujesz się, że twój ulubiony artysta za 3 lata będzie śpiewał nową partię całkiem niedaleko… twojego kraju.  Po dłuuuugim czekaniu siadasz do laptopa o23.58 żeby zdążyć kiedy za chwilę ruszy booking . Rusza. Łącza nie wytrzymują , spróbuj za chwilę, za jaką chwilę, biletów już nie będzie. Wreszcie następuje cud i bilet jest. A kiedy już prawie jesteś w teatrze i na wszelki wypadek sprawdzasz jego stronę w sieci – oooops – twój ulubieniec odwołał występ. Wydałeś masę kasy na bilet, samolot, hotel i nic z tego, artysta chory. Coś takiego spotyka właśnie teraz legiony wielbicieli Jonasa Kaufmanna, który  po kolei rezygnuje z ważnych spektakli. Odwołał nawet  własną galę w Zurichu, ”Walkirię” w MET, koncerty z Netrebko i co , najgorsze „Trojan” w ROH, gdzie pod koniec czerwca miał śpiewać Eneasza. Wirus , który go powalił musi być paskudny i uparty. Mnie podobna sytuacja spotkała w styczniu, kiedy miałam w Bayerische Staatsoper podziwiać Mariusza Kwietnia debiutującego jako markiz  Posa. Mimo wszystko poleciałam do Monachium, bo obok niego mieli wystąpić Anja Harteros, Jonas Kaufmann i Rene Pape.  Przeżyłam jeden z może 3 najpiękniejszych wieczorów operowych w swoim życiu i zawdzięczam to poniekąd Kwietniowi, chociaż go tam nie było. A „Don Carlos” to nie jest opera łatwa do wystawienia. Ogromna, monumentalna, wymagająca inscenizacyjnie . Niezbędna obsada przyprawia szefów castingu o zawrót głowy: tenor, baryton, 2 basy, sopran, mezzosopran – to tylko role główne, oprócz tego kilka wspomagających, chór im większy tym lepszy, duża orkiestra . no i oczywiście zdolny zapanować nad masą dźwięku generowaną przez ten wielki aparat wykonawczy dyrygent. Pozostaje jeszcze kwestia wyboru jednej z istniejących wersji: a są trzy podstawowe (pierwotna, francuskojęzyczna, oczywiście z baletem i pięcioaktowa ; późniejsza, włoska, ze sporymi skrótami i czteroaktowa ; wreszcie najpóźniejsza, włoska, pięcioaktowa, dość gruntownie przerobiona).Na miejscu stwierdziłam,  że pokuszono się o kolejną: wersję modeńską, ostatnią uzupełniono, bardzo zresztą szczęśliwie, o fragment finałowy IV aktu, który Verdi wcześniej skreślił.Zaś  co do wrażeń.Obawiałam się tej inscenizacji, znając niektóre spektakle Bayerische Staatsoper, ale niesłusznie. Jurgen Rose stworzył (już 12 lat temu – w 2000 roku) spektakl spójny koncepcyjnie , sensowny i logiczny , i stworzył go właściwie jednoosobowo – reżyserując, projektując scenografię, kostiumy i nawet światło. Rzecz zaczyna się w niemal pustym, czarnym pudle sceny, wyposażonym w drzwi w kilku miejscach otwierające się na przestrzeń poza pałacem. Gdy są zamknięte, jesteśmy w Escorialu , który stanowi więzienie dla wszystkich jego mieszkańców – nawet dla tego, który nim włada. O boczną ścianę oparty jest krucyfiks tak wielki, że nie mieści się i musi stać skosem. Nadnaturalnej wielkości figura Chrystusa dominuje  w tej przestrzeni będąc stałym determinantem losów bohaterów. On patrzy, sądzi, może współczuje?  Orkiestra pod izraelskim dyrygentem Fisherem grała solidnie, ładnie  i tyle musiało wystarczyć. Żadnych szaleństw temp ani dynamiki, niezła współpraca ze śpiewakami , ale bez polotu. Chór Bayerische Staatsoper zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie: nie jest może bardzo liczny ale niezmiernie sprawny, zarówno wokalnie jak aktorsko. Role drugoplanowe zostały tym razem obsadzone perfekcyjnie: szczególnie imponująco zabrzmieli posłowie z Flandrii , bardzo podobała mi się Laura Tatulescu jako Tebaldo (to było zaskoczenie, bo pamiętam ją jako nieszczególną Zerlinę) oraz Steven Humes jako Mnich. Eric Halfvarson był jak zawsze ( a widziałam go już tyle razy w tej roli) efektywnie groźnym Wielkim Inkwizytorem. Anna Smirnova dysponuje dużym, ale niezbyt ruchliwym mezzosopranem i używa go nieco zbyt hojnie, co momentami daje efekt hałasu. Na szczęście miała też momenty dobre, choć to raczej nie będzie nigdy znakomita śpiewaczka. Jej Eboli była też  zbyt matronowata a skarga na „don fatale’ nie zabrzmiała w jej ustach zbyt wiarygodnie. Inny problem z Boazem Danielem , niezmiernie sympatycznym mężczyzną nie tworzącym jednak w roli Posy kreacji. Był troszkę bezbarwny, taki misio-pysio. Temperatura uczuć pomiędzy Carlosem a Posą  jest w tej operze równie silna jak miedzy Carlosem a Elżbietą, a tu tego zabrakło. Wokalnie podobnie – ładny głos, ale nierobiący większego wrażenia , zdecydowanie nie ta sama liga co Kwiecień, którego zastąpił. I tak dotarłam do trójki głównych protagonistów i posypią się superlatywy. Rene Pape zachwycił mnie pod każdym względem a miałam pewne obawy mając w świeżej pamięci jego bez przekonania zagranego Mefista w grudniowej transmisji z MET. Jako Filip II zaprezentował pełną, skomplikowaną od strony psychologicznej postać. Było w nim wszystko: królewski majestat i ludzka słabość, szlachetne odruchy i zwyczajna podłość, chęć kochania i bycia kochanym oraz zabijająca to  żądza władzy i autorytetu. A jak wspaniale to zostało zaśpiewane! Przy „Ella giammai m’amo” miałam ciarki, co tam, ciary potężne. Anja Harteros , znana mi wcześniej z „Idomeneo” i „Lohengina” ( w Mozarcie  mnie nie zachwyciła, w Wagnerze już tak)  śpiewała cudownie: miękko, płynnie, świetliście, w pierwszym akcie ze słyszalną radością, dalej z cieniem melancholii. Jako Elżbieta miała też w sobie zarówno majestat, jak kobiecą kruchość,   smutek osoby, której odebrano jedyną miłość ale w jej scenach z Carlosem była też prawdziwa namiętność.  No i Harteros jest też bardzo  atrakcyjna, co nie stanowi  warunku udanej kreacji – ale – powiedzmy to sobie szczerze -  pomaga. Carlosa zagrał Jonas Kaufmann, więc to ostatnie zdanie dwójnasób odnosi się do niego – tenor , który tak wygląda, to już naprawdę rzadkość wyjątkowa. Jest to  typ urody, który wyjątkowo sprawdza się w roli nieszczęsnego infanta – romantyczny (te brązowe loki, w które wszystkie jego partnerki we wszystkich operach z upodobaniem zanurzają dłonie) i melancholijny. Kaufmann został bardzo hojnie obdarowany przez niebo : w pakiecie, poza fizyczną atrakcyjnością dostał  jeszcze talent aktorski, pasję ( to widać) no i to co w tym zawodzie najważniejsze : voce, voce e voce (jak mówią Włosi). Gra i śpiewa całym sobą, w spektaklu daje z siebie 200% możliwości. Wysokie tony są triumfalnie bezwysiłkowe , czuje się w tym powietrze i miejsce na  jeszcze więcej, dół skali barytonowy , ciemny , wręcz mroczny. Miałabym tylko drobne zastrzeżenie do stylu. Momentami Kaufmann brzmi histerycznie, ale to może być wynik tego całościowego zaangażowania w rolę. Fakt, że w Wagnerze czy repertuarze francuskim mu się to nie zdarza, tam zawsze jest nieskazitelny. No, ale ten drobiazg mogłam wybaczyć, zwłaszcza, że siedząc za blisko sceny  (drugi rząd) miałam szansę zajrzeć w oczy artysty i zobaczyć w nich cierpienie młodego, niestabilnego emocjonalnie chłopaka. Tak dalece identyfikował się on ze swoją postacią. No i ostatnia rzecz: Głosy tej trójki fenomenalnie do siebie pasują, stapiają się ze sobą znakomicie.
http://www.youtube.com/watch?v=-rvd4PRLYNs
http://www.youtube.com/watch?v=csKwhUIbrvs
http://www.youtube.com/watch?v=iOq4wD0HoA4

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz