poniedziałek, 14 stycznia 2013

"Rigoletto" na trybunach













W okresie świąteczno-sylwestrowym nie miałam specjalnie czasu ani chęci na internetową transmisję „Rigoletta”  z Bayerische Staatsoper. Teraz jednak zwyciężyła ciekawość czym też zastąpiono niesławną  „Planetę małp”. I przyszło mi stwierdzić, że być może rację miał Piotr Beczała broniąc jej konstatacją, że przynajmniej była zaskakująca i pewien sposób konsekwentna. Bo nowa wersja „Rigoletta” z Monachium jest …żadna. Scenografii brak, kostiumy nijako brzydkie, reżyseria albo nieobecna, albo – jeszcze gorzej – obecna w postaci konceptów, które niczym się nie tłumaczą i stawiają w całkowitej, momentami absurdalnej wręcz sprzeczności śpiewany tekst i widzialną akcję. Nie ma potrzeby opisywać tego scena po cenie, ale nie odmówię sobie odwiecznego pytania ( a nóż ktoś będzie w stanie mi to wyjaśnić) – „ale o co chodzi?”. Mogę znieść Gildę , która „Caro nome” śpiewa przemieszczając się po trybunach , stanowiących jedyny element scenograficzny i przechodzi  z ramion jednego doskonale anonimowo wyglądającego chórzysty w drugie i następne, następne, następne. Ale w  akcie trzecim absurd bierze scenę we władanie , bo Rigoletto i Gilda nie muszą podpatrywać zdradzieckiego amanta i rozpustnej karczmarki -  biorą aktywny udział w akcji niczym od nich nieoddzieleni. Po czym Sparafucicile podcina gardło Gildzie (odzianej w białą suknię) a  Maddalena zbiera do blaszanego wiadra jej krew i …na śnieżnej bieli ukazuje się wielka, imponująco skomponowana plama. Czarna.  Na koniec zaś niedobite dziewczę leży sobie na wózku inwalidzkim z gigantycznymi kołami (to z kolei samotny rekwizyt pojawiający się dość  regularnie, zapewne ma głęboką symbolikę – ale o co…) i tatuś musiałby być całkowicie niesprawny wzrokowo, żeby nie dostrzec czyje to prawie zwłoki. Najgorsze nie wydaja mi się jednak nieudane i nielogiczne pomysły , najgorszy jest fakt, że sceny wieje nudą! Oczywiście , to pewnie sto któryś tam „Rigoletto” w moim życiu, nie zastanawiam się , co będzie dalej i dużo trudniej niż kiedyś mnie wzruszyć czy zachwycić. Ale – można. Doświadczyłam tych uczuć  Nawet w TWON,  oglądając do bólu staromodną inscenizację sprzed kilku lat. Ale tam Księciem Mantui był Beczała, który pozostawił mnie w chłodnym podziwie dla klasy głosu i wokalnej sztuki oraz w stanie akceptacji dla przyzwoitego aktorstwa. A nieco później w tej samej produkcji Andrzej Dobber, posiadacz pełnego, prawdziwie verdiowskiego barytonu  nie barwą głosu a interpretacją wywołał chlipanie połowy widowni przy „Cortigiani” (w tym moje , i wcale się nie wstydzę).W Monachium zaś… Joseph Calleja, śpiewający znakomicie nie stworzył postaci uwodzicielskiego Księcia. Nie bardzo już może to zrobić przechodząc niestety ewolucję wręcz przeciwną do tej, którą obserwujemy u Beczały, który wyprzystojniał ( nie jestem specjalną zwolenniczką image’u a la Tauber, mam nadzieję , że mu przejdzie po promocji płyty i zostanie samo dobre – przede wszystkim nowa sylwetka) i zyskał na aktorskich umiejętnościach. Calleja odwrotnie – tyje z miesiąca na miesiąc ( obraz jego brzuszyska i  … biustu obciśniętego podkoszulkiem na długo pozostanie w mej niewdzięcznej pamięci) i  traci na wiarygodności amanckiej. Starał się, ale nie jest niestety jak niektórzy twierdzą drugim Pavarottim i sam głos wszystkiego nie załatwia. Zwłaszcza, że reżyser Arpad Schilling nie pomógł ani jemu, ani innym śpiewakom. Franco Vassallo od strony czysto wokalnej nie zawiódł – to, podobnie jak u Callei piękna barwa i technika bez zarzutu. Ale jego również nie można zostawiać bez interpretacyjnego wsparcia -  po  „Cortigiani” pozostałam całkowicie obojętna. Problem ten w najmniejszym stopniu dotyczy Patricii Petibon. Ona przedstawiła jakąś propozycję  - to nie jest mimozowata Gilda, to dziewczyna rozdarta między miłością do ojca a sprzeciwem wobec jego tyranii. Petibon nieco też ostatnio dojrzała wokalnie – nadal brzmi czasem ostro nie do zniesienia, ale też potrafi już zaokrąglić głos na długie frazy. Oczywiście , daleko jej do mojej ulubionej Gildy ( tylko z nagrania płytowego) – Ileany Cotrubas, ale to przynajmniej konkretna, konsekwentnie zbudowana postać. Nadia Krasteva i Dmitrij Ivashenko dostali  do zaśpiewania zdublowane postacie ( ale o co…)  Giovanny/Maddaleny oraz Monterrone’a/Sparafucille’a co wykonali efektywnie. I tak dotarliśmy do Marco Armiliato, który moim zdaniem poniósł całkowitą klęskę jako dyrygent. Pod jego ręką uwertura zabrzmiała jak Bruckner, pierwsza scena, i tak szybka poprowadzona została w tempie szalonym ,To samo zaszkodziło „Cortigiani”. Długie fragmenty brzmiały nie tylko za głośno – wręcz hałaśliwie. Szkoda, bo orkiestra monachijska jest naprawdę niezła, ale potrzebuje dobrego szefa. Nie tym razem, niestety.

3 komentarze:

  1. No to mnie Pani pocieszyła...W lipcu bowiem funduję sobie krótki wypad na monachijski festiwal gdzie trafię m.in na tego "Rigoletta". Na szczęście bez Petibon (rozumiem, że takie czasy, ale, mimo wszystko, trudno mi pojąć rozmiar jej kariery) i, być może, Fabio Luisi przekona bardziej niż Armiliato. Nawiasem mówiąc ten ostatni zawsze budził mój opór choć dyryguje wszędzie i nawet mówi się o nim, że jest "wybitny". Robert.

    OdpowiedzUsuń
  2. Robercie! Może jednak zwracajmy się do siebie w formie przyjętej w sieci, przez Ty? W Monachium może się spotkamy, choć nie na "Rigoletcie" (wnioskuję, że obejrzysz Ciofi - "good for you", byle z niezbyt bliska, jej mimika jest tak nadekspresyjna, że nie da się się skupić na muzyce). Zeszłoroczny "Don Carlo" tak mnie zachwycił, że planuję powtórkę - jeszcze lepszą , bo z Kwietniem (oby).Nęci mnie też "Falstaff" - Ambroggio Maestri no i Podleś... A jeszcze Holender z Anją Kampe ... I jeszcze - no, nie można mieć wszystkiego. A z Petibon jest tak, że jakkolwiek zdecydowanie jej nie lubię (wręcz mnie drażni) tu tylko ona była jakaś. I nie skrzeczy już bez przerwy, zdarzają się dłuższe chwile, że nie

    OdpowiedzUsuń
  3. O to może się spotkamy w Monachium, Papageno! Ja również będę na Don Carlo (co za obsada!).
    Jeśli idzie o Ciofi...Cóż, z racji bliskich związków rodzinnych z południem Francji bywam sobie na festiwalu w Orange. W 2011 był tam "Rigoletto" z Nuccim, Ciofi i Grigolo. Ciofi była bardzo wzruszająca, jej "Caro nome" najpiękniejsze jakie słyszałem (choć Cotrubas pozostaje dla mnie w tej partii niedościgłym wzorem). Siedziałem nie za daleko i nie za blisko, ale zerkałem przez lornetkę - aktorsko wydała mi się bardzo naturalna i przekonująca.
    A Petibon po prostu nie trawię. Na szczęście jestem zwykłym melomanem i nie muszę się doszukiwać w jej śpiewie zalet, których nie słyszę.Robert

    OdpowiedzUsuń