piątek, 30 sierpnia 2013

Polska, czyli szpital psychiatryczny



Właściwie dopiero dzięki nowej płycie Aleksandry Kurzak usłyszałam o istnieniu „polskiej” opery Rossiniego i pospieszyłam czegoś o niej dowiedzieć. Nie jest to dzieło udane pod żadnym względem i nawet kompozytor miał tego pewną świadomość. Trudno jednak , żeby zainspirowało go tak marne libretto. Na to, iż rzecz dzieje się „w Polsce, czyli nigdzie” byłam przygotowana, ale już sama lektura streszczenia fabuły przyprawia czytelnika o lekką konsternację. Tytułowy Sigismondo, polski król skazuje oto swą nieskazitelną małżonkę Aldemirę na wygnanie za domniemaną niewierność, czyniąc tak z poduszczenia niejakiego Ladislao. W intrygę zaplątani są jeszcze monarcha węgierski imieniem Ulderico, młody szlachcic Radoski oraz Anagilda i Zenovito (on porządny, ona wręcz przeciwnie). Historia  kończy się rozpoznaniem błędu przez łatwowiernego a zazdrosnego małżonka i ukaraniem czarnych charakterów. Przytaczam ten skrót w celach informacyjnych, bo warto wiedzieć, z jakim materiałem miał do czynienia reżyser.  Twór tak kaleki jak ta opera mógł znaleźć chętnych do scenicznej prezentacji chyba tylko na festiwalu w Pesaro, miejscu urodzenia Rossiniego. Tak się stało w roku 2010 i … powstała rzecz w miarę logiczna, doskonale dająca się oglądać i słuchać, co niewątpliwie zawdzięczamy teamowi realizatorskiemu. Na jego czele stanęli dyrygent Michele Mariotti i  reżyser Damiano Michieletto, który popularność zyskał sobie dopiero w tym roku, za sprawą salzburskiej „Cyganerii” (miała bardzo różne recenzje , mnie się podobała).  Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, iż Michieletto zastosował chwyt wzięty wprost z prześmiesznego ( ale i przerażającego zarazem) katalożku regietheatru , który krąży w Internecie – przeniósł akcję do szpitala psychiatrycznego. Ale pierwsze wrażenia bywają ulotne, na szczęście. Przede wszystkim, nie jest to instytucja zarządzana przez NFZ, a najwyraźniej szpital, do którego trafiają , złamani traumą frontową żołnierze walczący w pierwszej wojnie światowej. Takie miejsce usprawiedliwia w pełni emocjonalną chwiejność tytułowego bohatera i dziwaczne niekiedy działania jego otoczenia. Można też doskonale zrozumieć niepewność nieszczęsnego Sigismonda co do intencji innych ludzi  i błędy w ich ocenie. „Szaleństwo” zostało tu pokazane za pomocą chwytów nieszczególnie subtelnych, ale  efektywnych – mamy pełen zestaw tików , niezbornego poruszania się, spłoszonych spojrzeń, nieładu fryzur i odzieży. „Król” ma bowiem swój „dwór” , zestaw biedaków jeszcze srożej, sądząc po objawach doświadczonych przez chorobę. Grający ich aktorzy  starają się w pełni przekazać spustoszenie, jakie w żołnierskiej psychice może spowodować wojna. Po stronie dobra mamy tu oddanego swym pacjentom lekarza i szukającą schronienia przed fałszywymi oskarżeniami damę. Zło reprezentuje  knujące bezustannie demoniczne rodzeństwo (Ladislao, powodowany wściekłą żądzą usiłuje nawet , na szczęście nieskutecznie zgwałcić Aldemirę) - taka rola czarnych charakterów. Ciekawe wydało mi się to, że całą akcję obserwujemy tak, jak ją widzi tytułowy bohater. Stąd  zwielokrotnienie Aldemiry, którą wciąż kochający, choć wściekły, rozczarowany i pogrążony w rozterce Sigismondo widzi nawet w pielęgniarkach. Podobało mi się także rozwiązanie finałowe – i wyrafinowana kara, która spotyka  tych złych. Oboje kończą jako pacjenci  - ona, rzeczywiście popadając w szaleństwo, on zaś … wyrokiem sądu wojskowego (co być może ratuje mu głowę). Takie przeprowadzenie akcji scenicznej powoduje, że cała odpowiedzialność za jej powodzenie spoczywa głównie na artystce występującej w roli Sigismonda, chociaż to wcale nie ona ma tu najwięcej do zaśpiewania . Nie muszę dodawać, że Daniela Barcellona udźwignęła ją bez najmniejszego problemu. Powinnam tu nadmienić, że moje niegdysiejsze podejrzenia , co do ograniczonych umiejętności aktorskich Barcellony zupełnie nie znalazły potwierdzenia. Najwyraźniej musi ona mieć z kim i nad czym popracować a rezultat, jak w tym wypadku jest imponujący. Poza tym mogę tylko powtórzyć swoje zachwyty nad jej innymi kreacjami wokalnymi:  ona naprawdę ma wszystko – piękny, ciepły głos, który z latami się pogłębia nic nie tracąc na giętkości, nieskazitelną technikę i umiejętność interpretacji. Towarzysząca jej Olga Peretyatko to nieco inny przypadek – prześliczny, nieduży głosik w prześlicznym, drobnym ciele, ale jeszcze trochę nauki przed nią – nie zawsze w pełni panuje nad intonacją. Ale wdzięk to olbrzymi, nie do przeoczenia. Antonino Siragusa, rossiniowski weteran miał drobne kłopoty z koloraturą, ale i tak wypadł bardzo dobrze, a to niełatwe, zważywszy na to, że to właśnie jego bohater, Ladislao ma najwięcej materiału muzycznego w tej operze. Michele Mariotti, który nie należy do moich ulubieńców tym razem nieźle zapanował nad orkiestrą. I jeszcze jedna ciekawostka – jak wszyscy wiemy, Rossini był bezwstydnym leniuszkiem i autoplagiatorem. W „Sigismondo” , poza fragmentami „Turka we Włoszech” i „Otella” można odnaleźć  arię o plotce jako … smętny chór otwierający drugi akt.







8 komentarzy:

  1. Papageno, Peretyatko "na żywo" to wcale nie jest "malutki głosik". To jest głos pod względem objętości i siły podobny np. do Kurzak.
    Ja ją słyszałem w "Lucii di Lammermoor" i było wszystko ok.
    Robert.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie słyszałam jej na żywo, przekaz bywa zawodny. Znam ją właściwie głównie ze "Słowika" , gdzie bardzo mi się podobała. Teraz jestem w trakcie słuchania jej drugiej płyty - już tak dobrze to nie brzmi (góry są, ale ostre jak brzytwa ,wręcz świdrujące - nie przepadam za tym).Z tych dwóch pań wolę Kurzak, bo lubię ciemniejszą i bardziej nasyconą barwę. Ale to rzecz gustu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak mnie zainspirowała Twoja recenzja, że - nie bacząc na trudności - postanowiłam obejrzeć Sigismonda. Lubię Rossiniego, nawet jego rzadko grywane opery i się nie zawiodłam. Libretto jest idiotyczne, ale arie wspaniałe, Barcellona - rewelacyjna i głosowo i aktorsko. A grać chorego na głowę króla nie jest łatwo,
    o nie. Pereyatko jako Aldimira też mi się podobała, a pomysł na wystawienie tej ramoty - przedni. Michieletto zrealizował go konsekwentnie. To jest facet, który rozumie operę. Dowiódł tego salzburską Cyganerią, której jestem zdecydowaną orędowniczką, nie bacząc na krytykantów. Miał do wyreżyserowania Sigismonda, rzecz, którą słusznie zapomniano i znalazł na nią sposób. Lazarety w pałacach były we wszystkich wojnach, a ten "dom wariatów" to też lazaret dla rannych w głowę, uciekających w szaleństwo i oszalałych z tego, co się wokół nich wyprawia. Happy end jest więc jak najbardziej uzasadniony. Podobało mi się, że źli zostali ukarani, a dobrzy wyzdrowieli i żyli długo i szczęśliwie.
    Wróciłam w sobotę z króciutkich wakacji, ale musiałam posłuchać jak Mutter gra Łańcuch II Lutosławskiego i obejrzeć Sigismonda. Na youtube jest w bardzo dobrej jakości audio z I koncertem Beethovena, który grała na Chopinie Martha Argerich (http://www.youtube.com/watch?v=xrSvoR_ipaw i http://www.youtube.com/watch?v=I6h1I8-Yl3g). Wczoraj wysłuchałam (co ja bym zrobiła bez FB) II części recitalu pieśni Diany Damrau, której towarzyszył harfista Xavier de Maistre. Podobał mi się! Żałuję, że nie wysłuchałam w jej wykonaniu Schuberta, ale Francuzi bardzo mnie usatysfakcjonowali. Przyniosłam do domu Placido Domingo. Za chwilę będę się napawać! Na razie podoba mi się okładka, choć Verdi to nie jest :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, Placido zdecydowanie bardziej adekwatnie wyglądał jako Puccini. Cieszę, się , że Ci się Sigismondo podobał, to jest pewien argument w dyskusji o teatrze reżyserskim. Bo przecieć wystawiona tak, jak została napisana rzecz byłaby nie do oglądania. Popatruję teraz na Biancę i Falliera - opera ma zdecydowanie lepsze libretto, ale jest tak koszmarnie wystawiona , że brnę tylko ze względu na Barcellonę. Obiecałam też sobie, że dam radę "Trojanom" pod Gergievem - zobaczymy, może Daniela utrzyma mnie przed ekranem. Na razie czeka jeszcze na przesłuchnie "Stabat Mater" Steffaniego. Za Beciem (jak mówią u p. Doroty) nie przepadam specjalnie, jeśli już, to późniejsze koncerty wchodziłyby w grę.Za to odkryłam (lepiej późno...) kwintet Schumanna op. 44, piękny. Na YT jest w kawałakach z Kolą jako pianistą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Znam ten kwintet. W 2011 słyszałam go w gwiazdorskim wykonaniu z Marthą Argerich (a jest to specjalistka od Schumanna jak mało kto), Renaud Capuconem i Mishą Maiskim. Ja mam stare nagranie, ale za to jakie: z Lennym Bernsteinem jako pianistą i z kwartetem Juiliarda. Chciałabym coś nowocześniejszego, ale nie mogę trafić na nic, co by mnie złapało za gardło. Muszę sprawdzić, czy ta MA, którą słyszałam (i widziałam) w Arte jest na płycie.
    http://www.sonostream.tv/performances/dianadamrauxavierdemaistregrafenegg/ to jest adres, pod którym można obejrzeć cały koncert Damrau i de Maistre'a. Ale to piękny chłopak! I jaki dobry muzyk. Zauważyłaś, że wirtuozami harfy są zwykle mężczyźni, a w orkiestrach grają na nich zwykle kobiety. Na Gergiewa nie jestem jeszcze gotowa, za to Placido podobał mi się bardzo. Zaraz będę słuchać po raz drugi. Boże, taki artysta pojawia się raz na sto lat. Zupełnie mi nie przeszkadza, ze śpiewa i Verdiego, i Wagnera, i zarzuelle, i Pablo Nerudę w Il Postino, i dyryguje, i jest przejęty Operaliami, i wspiera młodzież... Jest pełnym człowiekiem, a o to chyba chodzi w życiu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jaki tam człowiek, jak się przyglądam jego kalendarzowi, to mam wrażenie, że nadczłowiek. Jego doba ma chyba z 50 godzin a tydzień trwa 15 dni...Na tegorocznych Operaliach uroczo podśpiewywał finał duetu z "Otella" ("Il bacio.."). Maistre'a znam z dwóch płyt "Notte veneziana" i "Nuit d'etoiles". Obie piękne.

    OdpowiedzUsuń
  8. Niech będzie, że nadczłowiek. Widziałam kiedyś taki dokument, w którym Domingo spotykał się w knajpie z kolegami. Zawsze kiedy jest w Madrycie spotyka się z nimi raz w tygodniu. Oczywiście jedyną kobietą była Marta Domingo, bo ona go samego nie puści nawet do kolegów. Opowiadali więc sobie panowie różne facecje z życia, pili wino i jedli różne pyszności. A potem Domingo zaśpiewał zarzuelę, a oni mu wtórowali, klaskali, albo przynajmnmiej wybijali rytm. Szczęście tak chyba wygląda.
    Od tej samej facetki co Martha Argerich jest też bis Maistre'a na tegorocznycm festiwalu ChijE. Widać nie wiedziała czy warto nagrywać takiego nieznanego jej artystę i nagrała tylko bis. To właściwie jedyny koncert festiwalu, którego żałuję. I jeszcze Lisiecki, bo go nigdy nie słyszałam na żywo. Ach i Aukso z Mosiem, ale oni grali z Maistre'm

    OdpowiedzUsuń