wtorek, 4 lutego 2014

Written on skin




Dlaczego publiczność operowa gremialnie opuściła współczesność i woli przebywać w przeszłości nie wychylając się (z małymi wyjątkami) poza lata pierwszą połowę dwudziestego wieku ? Czy to nasza, audytorium wina, bo nie chcemy rozszerzać swych możliwości percepcyjnych, nie mamy ochoty uczyć się nowego języka muzycznego pozostając oddani kultowi  szeroko rozumianej melodii? To ostatnie dotyczy nawet osób, które z historii gatunku najchętniej wycięłyby niemal cały wiek dziewiętnasty oprócz Wagnera w pogardzie mając „włoskich kataryniarzy” czy biednego Czajkowskiego, któremu ostatnio od tych ambitnych obrywa się najbardziej. Czy też może winę należałoby przypisać im, twórcom, którzy stracili kontakt z odbiorcą panicznie się owej melodii bojąc? Ci, którzy taką odwagę wykazują przez fachowe media i muzykologów  są najczęściej stygmatyzowani jako schlebiający powszechnym (czytaj: marnym) gustom. Nie mnie ferować wyroki, ale sytuacja wydaje mi się smutna. Sama wyrzucam sobie, że nie mam chęci próbować, że moja ciekawość sięga  najdalej Poulenca, a i to od niedawna. Ale z drugiej strony  - dlaczegoż miałabym ulegać masochistycznym przyjemnościom, których na mojej liście przebojów brak?  Jedynym odstępstwem od tej zasady był „Il Postino” Catana, rzecz z gatunku tych traktowanych przez uczone gremia w najlepszym razie pobłażliwie i rzeczywiście ewidentnie pucciniowska z ducha. Ale jak miło się słuchało …  Zastanawiając się nad tym wszystkim zebrałam się na odwagę i uruchomiłam całą swą determinację w poznawaniu nowych terytoriów  decydując się poświęcić wieczór dziełu powstałemu naprawdę niedawno. Chcąc dać jemu i sobie jakąś szansę wybrałam rzecz , o której naczytałam się mnóstwo, i właściwie wyłącznie pozytywnych a wręcz entuzjastycznych głosów. Takie natężenie zachwytu budzi zazwyczaj lekkie podejrzenia  o  owczy pęd, więc siadając w wygodnym fotelu późnym wieczorem z zamiarem obejrzenia tylko pierwszej części „Written on skin” George’a Benjamina troszkę się jednak obawiałam. Wyłączyłam odtwarzacz po 15 minutach, bo gdybym tego nie zrobiła przez kolejnych 5 po prostu musiałabym walczyć z piaskiem w oczach i zmęczeniem aż do końca, nie będąc w stanie oderwać się od ekranu. Następnego dnia wiedziałam już, że będę mieć z kontakt z dziełem angażującym intelektualnie i emocjonalnie, „zagarniającym”, pięknym. Zamiast czekać na DVD z ROH wybrałam zapis spektaklu Grand Théâtre de Provence z 14 lipca 2012 (prapremiera odbyła się tydzień wcześniej). Niezmiernie trudno jest mi oceniać poszczególne elementy tego wydarzenia, tak bardzo było ono dla mnie nierozdzielną całością, będę jednak nieudolnie próbować. Podejrzewam, że sam tekst muzyczny został doskonale zrealizowany przez  Mahler Chamber Orchestra, bo prowadzący ją kompozytor wyglądał na bardzo zadowolonego. Mnie ta partytura zaskoczyła sporymi fragmentami o niezwykle łagodnym, lirycznym i powściągliwym brzmieniu, z użyciem rzadko wykorzystywanych przez muzykę współczesną instrumentów  - violi da gamba, mandolin, wreszcie szklanej harmonijki  (trudnej do zdobycia, co wiedzą doskonale słuchacze „Lucii z Lammermoor”, gdzie często bywa zastępowana przez flet). To oczywiście nie znaczy, że tak jest cały czas, przy historii, którą autorzy postanowili nam opowiedzieć byłoby to raczej niemożliwe, tyle niesie ona ze sobą krańcowych emocji. Linie wokalne są dosyć typowe dla współczesnej opery – składają się z fragmentów parlando momentami wnoszących nawet do krzyku. Nietypowe wydało mi się przeznaczenie partii Chłopca kontratenorowi, falsecistów kojarzymy raczej z barokiem. W tym wypadku głos Bejuna Mehty brzmiał zupełnie nieziemsko, wydawał się należeć raczej do instrumentów niż być głosem ludzkim. Ale też jego rola jest w tej historii kluczowa i chyba najciekawsza. A Martin Crisp napisał fascynujące libretto, nie tylko za sprawą samej fabuły, ale przede wszystkim sposobu jej realizacji – głównie języka. Zacznijmy jednak od opisu wydarzeń, zaczerpniętego z oksytańskiej (staroprowansalskiej) legendy, której bohaterem był trubadur  Guillem de Cabestany. To on miał być kochankiem wielkiej damy a ofiarą jej męża, który go zabił i wyłupione serce podał do zjedzenia małżonce.  Tę działającą na wyobraźnię  historię opowiadano nam już wiele razy – robili to np. Boccaccio, Ezra Pound czy Ford Madox Ford. Crisp lekko ją zmodyfikował .Mamy Protektora, który zleca Chłopcu sporządzenie iluminowanej księgi „napisanej na skórze” , która będzie pomnikiem i świadectwem jego wspaniałości. Obsesją Protektora jest posiadanie – domu, pól, ludzi, którzy na nich pracują, żony – wszystko to stanowi jego własność. Żona jednak nie chce być dłużej własnością, dzieckiem, chce być dorosłą, decydować o sobie, brać udział w akcie tworzenia księgi. W układzie pomiędzy parą Chłopiec jest kimś jednocześnie kimś z zewnątrz i uczestnikiem, katalizatorem zdarzeń. Na scenie, poza tą trójką mamy jeszcze anioły (Chłopiec jest jednym z nich), włączające się czasem do akcji i przybierające postać Siostry Kobiety i jej męża. Najciekawsza w tym wszystkim jest relacja pomiędzy dawnym a dzisiejszym, to  jak przeszłość i teraźniejszość związane są ze sobą nierozerwalnym węzłem. Dekoracja pokazuje nam w centralnym fragmencie komnatę w średniowiecznym, prowansalskim domu która bywa jadalnią lub sypialnią, a nawet lasem. Obudowana jest ona całkowicie współczesnymi pomieszczeniami, pomiędzy którymi Anioły i ich pomocnicy przemieszczają się ustawicznie zmieniając rekwizyty bądź wcielając na chwilę w inne postacie. Wydawałoby się, że powinno to stworzyć dystans pomiędzy widzem a opowiadaną historią, ale tak się nie dzieje. Mimo, że Kobieta, Mężczyzna i Chłopiec są jednocześnie narratorami opowiadającymi o swoich bohaterach, jak i bohaterami samymi.  Wypowiadają się zazwyczaj w trzeciej osobie (dialog przetykany jest zdaniami „…mówi Chłopiec”, „…mówi Kobieta” itd.), dopiero w momentach krańcowego napięcia pojawia się „ja”, dopiero w chwili miłosnej ekstazy Kobieta nadaje sobie imię. Agnès – czy to przypadek, że jego brzmienie tak bliskie jest łacińskiemu agnus? Nie wydaje mi się. Trudno by wymienić wszystkie tematy, jakie w dziele zostały poruszone, które dają asumpt do solidnych przemyśleń po spektaklu. Mówi się tu o istocie władzy, posiadania i o ich związku z seksualnością nie tylko w aspekcie kobieta-mężczyzna -  Protektor nie potrafiąc inaczej zaznaczyć swej władzy chce posiadać seksualnie również Chłopca. Mówi się też o istocie sztuki . A także miłości – tytuł „Zapisane na skórze” dotyczy nie tylko księgi, ale także tego, co ręce Chłopca na zawsze utrwaliły w ciele i sercu Kobiety. George Benjamin i Martin Crisp powinni bez końca dziękować opatrzności za specjalną opiekę, jaką musiała ich otoczyć darowując im fantastyczny team realizatorski.  Wszyscy oni – Katie Mitchell - reżyserka, Vicki Mortimer projektantka kostiumów i scenografii, Jon Clark – projektant oświetlenia wykreowali absolutnie magiczny, koherentny  spektakl, chyba idealnie zgodny z intencją autorską. Śpiewacy też okazali się prawdziwym darem niebios tworząc wspaniałe role - Christopher Purves i Barbara Hannigan (prawdziwa muza współczesnych kompozytorów  - specjalnie dla niej napisano już około 100 dzieł!)  brzmieli momentami nie zawsze przyjemnie, były zdaje się momenty rozminięcia się z intonacją, ale przy takich wymaganiach partytury to doprawdy niewielkie niedociągnięcia! Zaś jako postacie byli absolutnie wiarygodni i przejmujący. Bejun Mehta był bezbłędny także wokalnie, ale jego rola zawiera mniej technicznych pułapek. Trudność polega w niej na czymś innym – Chłopiec powinien być jednocześnie kimś stąd i z innego świata, bardzo ludzkim i Obcym naraz. Niewiarygodne, ale to się udało.  Jest jeszcze jedna bezcenna zaleta tego spektaklu  - dopieszcza on nie tylko mózg i  uszy, ale także i oczy. Scenografią, światłem (przede wszystkim), kostiumami  i ciałami aktorów (ten niesamowity, androgyniczny Mehta)  namalowano tu cykl obrazów – La Tour czy Caravaggio mogliby się podpisać. Wszystko razem upewniło mnie, że wreszcie mamy nową operę, która pozostanie, którą będzie się chciało oglądać i za 100 lat. Nawet, jeśli następne produkcje (wiem o jednej) nie będą tak zachwycające jak ta, która pojawia się regularnie na najlepszych scenach operowych Europy.





















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz