sobota, 5 lipca 2014

Recenzenci i "Kawaler z różą" - Glyndebourne

Pracowite czczenie (cóż za słowo!) okrągłych rocznic urodzin wielkich kompozytorów wydaje mi się działalnością jałową, by nie rzec czczą. To się może przydać raczej tym mniej znanym lub zapomnianym, których dzieła mogą przy takiej okazji trafić na sceny, gdzie dawno nie gościły. Zaś jubilatowi samemu wszystkie celebracje są już gruntownie obojętne. A czy komuś w czymkolwiek pomogło jeszcze więcej Verdiego lub Wagnera minionego roku ? Inna rzecz z  Brittenem – trudno go zaliczyć do kategorii autorów przez teatry lekceważonych, ale niektórych krajach rocznicowy „Peter Grimes” nie byłby od rzeczy. Miesiąc  temu minęło 150 lat od dnia przybycia na ten świat Richarda Straussa, który nie ma w dodatku w tym roku wielkiej konkurencji w dziedzinie jubileuszy muzycznych. W związku z tym jego utwory grane są prawie wszędzie (prawie … i sami Państwo wiedzą gdzie nie są) w ilościach przekraczających rozsądne granice. Strauss był kompozytorem płodnym, uprawiającym z wielkim powodzeniem różne gatunki, pełno go więc zarówno na estradach koncertowych jak i w teatrach. To święto z własnym, 80-tym jubileuszem istnienia postanowiono połączyć na jednym z podobno najbardziej uroczych festiwali świata, w Glyndenbourne wystawiając bodaj najpopularniejszą straussowską operę – „Kawalera z różą” (funkcjonująca w języku polskim popularniejsza wersja tytułu – „Kawaler srebnej róży” brzmi efektownie, ale nie ma sensu). Gości tego bloga nie muszę nudzić nieudolną próbą opisu specyfiki języka muzycznego Richarda Straussa, warto jednak dodać, że dla wielu osób jest on niejako autorem granicznym, ostatnim działającym w dwudziestym wieku a nadającym się do słuchania. Elementem sprzyjającym percepcji „Kawalera” są zawarte w partyturze partie wokalne, pełne miękkich, długich linii melodycznych, tak lubianych przez publiczność. Jest także spójne libretto, którego komizm jednych śmieszy, innych nie, ale mimo osiemnastowiecznego entourage sam problem może być bliski wielu z nas. Zresztą – czas akcji to  dziś żaden kłopot, najwyżej się go zmieni. Tak uczyniono w Glyndebourne  przenosząc wydarzenia najpóźniej jak się dało bez  obrażania zdrowego rozsądku. Lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku były przecież ostatnim okresem, w którym (w cywilizacji zachodu) kobiety traktowano tak bezceremonialnie oraz instrumentalnie za ich własnym przyzwoleniem. Dama z pewną pozycją społeczną miała prowadzić dom na określonym poziomie, być piękna i milczeć. Dziś  sytuacja wydaje się inna – możemy protestować, możemy pracować i zarabiać ale wymagania wzrosły niepomiernie. Przekonała się o tym w sposób paskudny jedna ze śpiewaczek występujących w spektaklu, dość obrzydliwie potraktowana przez  prasę. Po premierze Financial Times określił kreującą rolę Octaviana Tarę Erraught jako „przysadzisty zbiorniczek szczenięcego tłuszczu” (chubby bundle of puppy fat), parę innych gazet używało mniej chamskich określeń, ale sens był ten sam. Niejako przy okazji zauważano, że Erraught świetnie śpiewała, ale jakież to ma znaczenie, skoro nie wygląda idealnie. W całej tej aferze pierwszorzędne znaczenie mają dwie sprawy - po pierwsze można sobie wyobrazić, jak ta dziewczyna się poczuła. Po drugie – taki stosunek do tego, co w operze powinno być najważniejsze mają tzw. profesjonaliści. A mówimy o osóbce rzeczywiście niemającej idealnych warunków fizycznych do roli chłopaka (niewysoka, okrąglutka i nieomylnie kobieca), ale dalekiej od rozmiarów Stephanie Blythe, nie mówiąc już o dawniejszych gwiazdach. Wszystko to budzi we mnie nie tylko niesmak, ale i głęboki smutek, a nawet strach. Jedyna nadzieja w Ameryce, proszę Państwa. Tam, mimo słynnych standardów urodowych wprowadzonych przez Gelba „każdy kilogram pani Blythe jest dobrem narodowym”, bo z jej ciała wydobywa się wspaniały głos zaś gwiazda sama jest niezrównaną interpretatorką i potrafi w tym głosie zawrzeć wszelkie odcienie emocjonalne.  O to chodzi w operze, która wszak w dużej mierze opiera się na konwencji, która z realnym życiem nic wspólnego nie ma! Nie każdy artysta może wyglądać jak Jonas Kaufmann, Luca Pisaroni czy Anja Harteros, zaś Octavian dysponować chłopięcym typem urody Anne Sofie von Otter, chociaż oczywiście miło, jeśli tak się zdarzy. Rzecz nie w tym, aby nie zauważać pewnej fizycznej nieprzystawalności śpiewaka do jego postaci, należy to jednak zrobić z zachowaniem form i, co znacznie ważniejsze „znać proporcjum, mocium panie”. Nie bardzo przekonuje mnie wyświechtany argument o tym, że wszak opera jest teatrem i to należy wziąć pod uwagę przede wszystkim. Skoro już wyrobiliśmy sobie – całkowicie słusznie – ślepotę na kolor i żadnemu recenzentowi nie przyszłoby do głowy narzekać na to, iż oto szesnastowieczny hiszpański monarcha jest na scenie ciemnoskóry, jego małżonka to ewidentna Latynoska zaś syn – Azjata przestańmy też mierzyć nieszczęsnemu Octavianowi talię!

Przy całym zamieszaniu i hałasie w tej sprawie zniknęło trochę samo przedstawienie, a szkoda, bo było warte uwagi. Debiutujący jako szef muzyczny festiwalu w Glyndebourne Robin Ticciati poprowadził London Philharmonic Orchestra wykazując się nie tylko werwą, ale też właśnie wyczuciem proporcji  – miałam wrażenie, że wszystkie grupy instrumentów współistnieją ze sobą w idealnej równowadze.To samo dotyczy wokalistów, którym dyrygent zapewnił właściwe wsparcie. Obiecujący początek. Do reżyserii Richarda Jonesa nie mam większych zastrzeżeń, zmiana czasu akcji niczego libretta nie pozbawiła.Po podniesieniu kurtyny nie widzimy łoża, na którym kochankowie właśnie zakończyli igraszki, mamy obrazek nieco bardziej finezyjny- Marszałkową, nagą i kuszącą biorącą prysznic oraz admirującego ten obraz Octaviana. Podobały mi się też bardzo niektóre sceny komiczne, zwłaszcza początek trzeciego aktu gdzie widzimy najpierw próbę całej akcji wyprowadzenia w pole barona von Ochsa , potem zaś demonstrację środków mających go wspomóc w uwiedzeniu Mariandel. Najważniejsze jednak są 4 kreacje wokalno-aktorskie. Tara Erraught, 28-letnia zaledwie Irlandka to wspaniały talent pod oboma względami, śpiewająca czystym, jasnym, pełnym blasku , wyrównanym we wszystkich rejestrach głosem, grająca zaś z młodzieńczą werwą.Uważam, że skrzywdzono ją ohydnymi kostiumami, co tym smutniejsze, że wszystkie pozostałe były świetne.  Kate Royal miała nieco kłopotów z rozgrzaniem głosu , brzmiącego na początku nieco sucho (to sopran raczej chłodnego, srebrzystego typu), ale po jakimś czasie się udało i monolog z pierwszego aktu był już piękny. Royal jest bardzo szczupła , urodziwa, nie była więc zagrożona przez  recenzencką bezceremonialność. Theodora Gheorghiu z kolei dysponuje wzruszająco kruchą, dziewczęcą urodą ale głosik ma maleńki, z gęstą wibracją –poprawna, ale zatęskniłam za fizycznie nie tak idealną, za to wokalnie znacznie lepszą Dianą Damrau. Gwiazdą wieczoru okazał się jednak Lars Woldt jako baron Ochs, mocny, ładny głos, zaś aktorstwo po prostu pyszne, na granicy komicznej szarży ale nigdy jej nieprzekraczające. Wszystkie (co do jednej) role wspomagające zostały wykonane doskonale warto wspomniec kilka nazwisk : Michael Kraus – Faninal, Marianne – Miranda Keys, Valzacchi – Christopher Gillet, Notariusz -  Gwynne Howell i wreszcie Włoski Śpiewak – Andrej Dunaev. Z tą ostatnią rolą nie do końca udało się Straussowi spełnić swój zamysł. Składa się ona z jednej, banalnej ale pięknej arii, która miała w założeniu być kpiną, zaś stała się jednym z największych przebojów opery.









5 komentarzy:

  1. To chyba twórcze rozwinięcie głośniej przed laty sprawy z Deborah Voigt, która gabarytowo nie pasował do "małej czarnej" w "Ariadnie".
    A jeszcze jeszcze wcześniej problemy z angażami miała ciekawa amerykańska śpiewaczka Alessandra Marc, która zaginęła bez wieści (?). Robert

    OdpowiedzUsuń
  2. Nowy nick, Robercie?
    Owszem, afera wygląda podobnie. Mam nadzieję, że Erraught to wytrzyma, skądinąd daleko jej do ówczesnych wymiarów Voight. U niej to się dobrze nie skończyło, przynajmniej dla nas, melomanów. "Nowa" Deborah, po operacji bariatrycznej i diecie zyskała na linii, ale bardzo straciła na głosie. Poza wszystkim innym, dochodzi też kwestia zwyczajnego seksizmu - nie słyszałam (na szczęście), żeby np. Botha miał problemy z angażem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, nowy nick....Zacząłem nieśmiało pisać bloga. Na razie szczególnie nie rekomenduję, bo tylko trzy wpisy. Nie wiem czy starczy mi czasu i systematyczności, ale będę się starał pisać co mi w duszy gra o operze i tenisie. Zapraszam w wolnej chwili. Będę się starał blogować co jakiś czas :) Robert.

      Usuń
  3. Ps. Adres mojego bloga: http://www.gemsetaria.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń