czwartek, 27 lutego 2014

"La Straniera" w Marsylii





Są opery, które trudno dziś sobie wyobrazić na scenie. Nie inspirują rozszalałej reżyserskiej wyobraźni, zaś wystawione po bożemu wydają się być nie do zaakceptowania nawet dla nas, widzów oswojonych przecież z konwencją. Do takich dzieł należy „La Straniera” Belliniego. Libretto, z grubsza oparte na prawdziwych wydarzeniach grzeszy niezręcznością  - największą na początku drugiego aktu, kiedy to nagle „zmartwychwstają”  męscy protagoniści, którzy tuż przed przerwą zdążyli się pozabijać. Mimo tej zasadniczej wady dzieło odznacza się cechami właściwymi wszystkim utworom Belliniego – przede wszystkim niepospolitą melodyjnością i szczególnym, melancholijnym wdziękiem. Tym bardziej chwała  szefostwu Opéra de Marseille, że zdecydowało się to wystawić chociaż w wersji koncertowej.  W ten sposób wszelkie mocne i słabe strony wykonawstwa muzycznego uwypuklają się mocno, bo właściwie wyłącznie one maja znaczenie. Słyszałam tylko o jednym przypadku, w którym dla świadka wydarzenia muzycznego ważniejsze było podziwianie urody artysty, niż jego głosu. Pewien pan głośno i dobitnie  zaprotestował przeciwko miejscu na scenie, w którym stał Jonas Kaufmann powodując konsternację zarówno u tenora, jak reszty audytorium. 31.10.2013 w Marsylii nic takiego się na szczęscie nie zdarzyło.  Odpowiedzialny za całość dyrygent Paolo Arrivabeni stanął na wysokości zadania doskonale wydobywając z partytury nie tylko jej mgławicowy wdzięk i łagodny blask, ale także nieoczekiwane pokłady energii. Równie świetnie spisał się chór doskonale brzmiący w każdej minucie swej scenicznej aktywności.  Soliści byli wspaniali, z jednym, ale bardzo bolesnym wyjątkiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł zatrudnienia Jean-Pierre Furlana, ale skutki okazały się wręcz katastrofalne. Śpiewak ten wykazuje zasadnicze braki w wykształceniu muzycznym, sprawia takie wrażenie, jakby treść terminu „belcanto” była mu zasadniczo obca. Co z tego, że głos sam w sobie nie jest pozbawiony uroku, dźwięczny (imponujący dół skali), kiedy tenor krzyczy, nadużywa portamenta, dziwacznie „podbiera” dźwięki zaś w górze popada w denerwującą drżączkę. Osoby zarzucające mi słowną nieoględność uczciwie ostrzegam – naprawdę tak jest, nie przesadziłam (Furlana słyszałam pierwszy raz w życiu i nie miałam do niego uprzedzeń - teraz już mam). Zirytowało mnie to może bardziej niż powinno, bo ten niechlubny wyjątek zniszczył coś, co mogło być argumentem pozytywnym w sporze na znany temat „czy belcanto ma szansę przetrwać”. Nie tylko pozostała trójka głównych bohaterów, ale i artyści drugoplanowi byli bowiem na najwyższym poziomie.  Karine Deshayes oczarowała mnie pięknie brzmiącym, ciepłym mezzosopranem, ale przede wszystkim płynnością i stylowością. Ludovic  Tézier  wyrósł już jakiś czas temu na czołowego barytona swego pokolenia i nie bez powodu. Mnie cieszy szczególnie, że przestawienie głosu na mocniejsze partie verdiowskie w niczym nie zaszkodziło jego belcantowym możliwościom. Tézier tak pięknie kształtuje frazę, a przy tym jego rozwój pod względem emocjonalno-wyrazowym jest nie tylko widzialny, ale także doskonale słyszalnym. Bellini napisał zaś efektowna rolę dla barytona ( nieczęsto mu się to zdarzało), co śpiewak wykorzystał. Na koniec zostawiłam sobie Patrizię Ciofi i … zabrakło mi przymiotników.  Została ona wyjatkowo hojnie obdarzona przez niebo – jej sopran jest krągły i świetlisty. Chyba ważniejsze nawet jednak wydaje mi się to, jak ona ten dar wykorzystuje. I nie chodzi tu wcale o koloraturowa precyzję czy nieskazitelną intonację, bo rzeczy, które powinny być oczywiste (w jej przypadku są). Ciofi to współczesne ucieleśnienie belcanta – w jej wykonaniu finałowa aria „Ciel pietoso” to czysta, melancholijna słodycz tak dla Belliniego typowa. Zaśpiewana jak trzeba zachwycała Chopina (nawet Wagner nie był na uroki tej muzyki odporny) i zachwyca nadal.

1 komentarz:

  1. "La Straniera", zdaje się, zainteresowała ostatnio teatry operowe. Zurich wystawił pełną wersję sceniczną z Edytą Gruberową, planowane są chyba też spektakle w Theater an der Wien.
    Karine Deshayes to prawdziwy luksus w roli Isoletty. Ostatnio widziałem i słyszałem ją w drugiej obsadzie "Kopciuszka" Masseneta w Barcelonie i była równie świetna jak DiDonato, a może nawet ciut lepsza. Karine wygrała, zdaje się, przed laty ten sam francuski konkurs co kiedyś Natalie Dessay - "Nowe Głosy", potem był świetny "Kopciuszek" Rossiniego w Bordeaux...Kariera się ładnie rozwija, wkrótce prestiżowe występy w MET, ale brakuje mi nagrań i transmisji z jej udziałem. Na pewno ta świetna artystka zasługuje na większą uwagę mediów i rynku nagraniowego. Robert.

    OdpowiedzUsuń