czwartek, 18 października 2012

"Ognisty anioł"


Po rozkoszach  miłosnego eliksiru przyszedł czas na dużo cięższy kaliber. Muszę przyznać, że opera rosyjska nie jest moją mocną stroną, znam dobrze tylko kilka jej dzieł. ”Ognisty anioł” Prokofiewa stał na mojej półce chyba ze cztery lata czekając na swój moment, który właśnie przyszedł. Produkcja z Teatru Maryjskiego pochodzi z 1991 roku, sfilmowano ją w 1993    i od tego momentu doczekała się pozycji wersji kanonicznej. Nie jestem specjalna zwolenniczką drobiazgowego opisywania samego utworu i warunków jego powstania, bo w czasach dobrego wujaszka Google’a i biblii operowej Piotra Kamińskiego zainteresowani bez trudu mogą znaleźć to, czego potrzebują. „Ognisty anioł” stanowi jednak przypadek szczególny i skromny komentarz się należy. Libretto powstało na podstawie autobiograficznej po części powieści Walerego Briusowa i jest historią jego związku z Niną Pietrowską – z tym trzecim - Andriejem Biełym w tle. A że na początku XX wieku w Moskwie, jak w niemal całej Europie modny był symbolizm, dekadencja i mistycyzm cała historia pełna jest okultyzmu, zaludniona przez demony , magów posługujących się tajemniczymi rytuałami i rozegrana na najwyższym diapazonie uczuć (Pietrowska cierpiała na jakże popularną wówczas wśród majętnych kobiet histerię). Briusow troszeczkę zakamuflował skandaliczny romans umieszczając akcję swej książki w XVI wieku w Niemczech, ale nikomu oczu nie zamydlił. „Cała Moskwa” rozszyfrowała tercet Renata (Pietrowska), Ruprecht (Briusow) i hrabia Henryk (Bieły). Prokofiew zaczął czytać tę powieść w 1918, podczas swej pierwszej podróży do Ameryki i rok później rozpoczął pracę nad operą. Trudno dziś powiedzieć co go zainspirowało , może to były wątki demoniczne, a może pokrewny z autorem temperament? W każdym razie materiał nie okazał się łatwy i opera została ukończona dopiero w 1927. Jedno z jej głównych bohaterów już wtedy nie żyło - Briusow zmarł w 1924, Pietrowska popełniła samobójstwo 4 lata później. „Ognisty anioł” nie miał jednak szczęścia na scenie – czekał na premierę …28 lat! Odbyła się  14.09.1955 w Teatro La Fenice, rok wcześniej miało miejsce wykonanie koncertowe w Paryżu. Nieszczęsny Prokofiew stracił już nadzieję, że ta chwila kiedykolwiek nastąpi i wykorzystał fragmenty muzyczne z „Ognistego anioła” w swojej III Symfonii. Po premierze dzieło nie rozpoczęło jednak triumfalnego pochodu przez światowe sceny, a powodem nie była jego niska wartość artystyczna, tylko straszliwe trudności wykonawcze, które spiętrzył kompozytor.   Dotyczą one przede wszystkim partii Renaty przy której wagnerowska Izolda to łatwizna, podobnie, chociaż odrobinę lepiej jest z Ruprechtem. Poza fenomenalnymi wykonawcami głównych ról partytura wymaga doskonałej orkiestry i bardzo precyzyjnego dyrygenta. A także reżysera i scenografa, którzy nie utopią opery sztuczną dekoracyjnością i efekciarstwem. Trudno uwierzyć , ale w Teatrze Maryjskim niemal wszystkie z tych drakońskich warunków zostały spełnione. Jako pierwsza narzuca się oczom oszczędna, ale niezmiernie funkcjonalna scenografia. Akcja zaczyna się w sypialnianej części gospody – na scenie mamy tylko symboliczne, małe ścianki z drzwiami i dwa łóżka. Kiedy fabuła przenosi nas na zewnątrz, do miasta,  widzimy namalowane  frontony kilku budynków . Kostiumy i charakteryzacja są zgodne z szesnastowiecznymi realiami, pojawiający się pod koniec Mefisto wygląda, jakby zszedł z ówczesnej ryciny. Kluczowym elementem tej inscenizacji są jednak wszechobecne i liczne demony towarzyszące bohaterom  ustawicznie. Są to łysi , prawie nadzy mężczyźni pokryci lekko sinawą farbą , którzy swoim zachowaniem już to komentują zdarzenia, już to się w nie wtrącają, a czasem nawet je inicjują. Jedyny demon żeński obecny w widzeniu Ruprechta jest, zgodnie z tekstem czerwony. Finałowa scena opętania zakonnic i diabelskiej orgii to ich moment – biorą we władanie dusze i ciała .  Członkom trupy akrobatycznej  Teatru  Maryjskiego należą się specjalne brawa: połączyli perfekcyjne wykonawstwo zadań czystko fizycznych ze znakomitym aktorstwem wytrawnych mimów. Od strony muzycznej spektakl jest wspaniały. Prokofiew, kiedy nie pisał na zamówienie pozwalał swemu rozbuchanemu temperamentowi szaleć do woli. Taka jest ta muzyka: namiętna , dzika, wielobarwna, pełna zarówno nagłych paroksyzmów   i nieokiełznanych wybuchów uczuć jak momentów wyciszenia niemal lirycznych. Nie wyobrażam sobie tej trudnej partytury lepiej zagranej, co wydaje się wspólną zasługą Gergieva i muzyków ( żebyśmy to my w TWON mieli taką orkiestrę!). Właśnie Gergiev odkrył Galinę Gorchakovą , która od roli Renaty zaczęła swoją drogę na światowe sceny.  W momencie premiery stała się objawieniem: obdarzona pięknym, pełnym głosem, bez trudności pokonywała iście piekielne (wyjątkowo adekwatne tu słowo) trudności swej roli. Zarówno histeryczne jak liryczne , wymagające płynności i długich fraz fragmenty zabrzmiały w jej interpretacji fantastycznie. Poza tym okazała się dobrą, zdyscyplinowana aktorką niepopadajacą w nadaktywność i przesadę, o co przy tego rodzaju roli nietrudno. Aby dopełnić miary zachwytów można jeszcze dodać , że Gorchakova jest wielce urodziwą kobietą. Szkoda, że jej kariera zatrzymała się na pewnym etapie z nieczbyt jasnych przyczyn. Sama śpiewaczka wini Gergieva , który miał ją zablokować w zemście za odmowę przyjęcia etatu w Maryjskim. Znając potężne możliwości i wielkość ego słynnego dyrygenta, dorównującego chyba w tym względzie Karajanowi jest to możliwe. Ale czy prawdziwe? Sama Gorchakova też łatwego charakteru nie słynie. W każdym razie żal. W “Ognistym aniele” zapewniono jej godnego partnera w osobie sławnego już wówczas barytona Sergeia Leiferkusa . Tu także można by długo wymieniać jego zalety: ciemny, ale giętki  głos, talent aktorski, męski urok. W rolach drugoplanowych też nie było niedoróbek. Warto wymienić Larissę Diadkovą – Wróżkę, Vladimira Galouzina – Agrippę , Vladimira Ognovenkę – Inkwizytora,  Sergeia Alexashkina – Fausta i wreszcie Konstantina Pluzhnikova jako Mefista. Ten ostatni nie dysponuje ładną barwą głosu, ale czyż siła nieczysta musi taką mieć? Za to wykonawstwo muzyczne i sceniczne pierwszej klasy ( przy okazji interesująco rozwiązano trudny fabularnie moment pożarcia i wyplucia przez Mefisto nieudolnego służącego). Podsumowując: jeżeli natkniecie się gdzieś na tego „Anioła” nie pozwólcie mu czekać 4 lat.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz