poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Ruggiero, efeb doskonały



Zakochane czarodziejki, masowo zaludniające barokowe libretta mogłyby być wyjątkowo wdzięcznym tematem dla reżysera. Mogłyby , ale prawie nie bywają, bo współczesne produkcje operowe na brak wdzięku cierpią chyba najbardziej. „Alcina” ze Staatsoper Stuttgart  (1999) jest pod tym względem niestety typowa. Jossi Wieler i Sergio Morabito nie tylko przenieśli akcję w czasy współczesne (a jakże) , ale też sporo pomajstrowali przy i tak skomplikowanych relacjach między postaciami, skutkiem czego nie znając utworu na pamięć niezmiernie trudno zorientować się o co właściwie chodzi.   W dodatku zamienili nieszczęsną „Alcinę” w ponury, freudowskimi kontekstami ociekający dramat. I nawet lieto fine (czarownica ukarana, niewolnicy jej mocy wyzwoleni, prawa para uratowana) ze świecą tu szukać.  Na scenie mamy wnętrze oklejone paskudna tapetą z ogromną, pustą ramą jako elementem dominującym.  W tej ramie będziemy oglądać przeróżne żywe obrazy – niektóre sensowne, większość niestety nie (szczytem głupoty wydał mi się obraz ślubny ). Całość okraszono oczywiście sporą ilością seksu potraktowanego wprost : nie pokazuje się na szczęście kopulacji, ale pary miętoszą się niemal bez przerwy, Oronte w czasie swej arii wykonuje striptease . Alcina zaś właściwie bez przerwy epatuje gołym biustem przysłoniętym przezroczystym materiałem, zaś raz nawet pełną, tylną golizną. Sztuka aluzji i niedopowiedzenia nie jest mocną stroną panów Wielera i Morabito, podobnie jak zdecydowanej większości ich kolegów po fachu.  Z moich narzekań nie należy wysnuwać wniosku, że mamy tu do czynienia z jakąś szczególnie obrzydliwą produkcją. Stanowi ona boleśnie typowy przykład tego, co mamy okazję widywać na współczesnych scenach operowych  - spektakli zrobionych ciężką ręką, pozbawionych sensu, za to efekciarskich ponad miarę. Strona muzyczna potrafi jednak sprawić , że mimo wszystko widz trwa w teatrze lub przed ekranem. Moje trwanie w tym wypadku jest zasługą może nienazbyt inspirująco, ale fachowo poprowadzonej przez Alana Hackera orkiestry i dwóch świetnych śpiewaczek. Nie chodzi niestety o Catherine Naglestad, którą lubię, ale uważam, że Haendel to nie jej terytorium. Kiepska koloratura, krzykliwe i z wysiłkiem osiągane górne dźwięki to zresztą nie tylko jej problem – to samo można powiedzieć o Catrione Smith – Morganie. Wracając zaś do Naglestad wyraz emocjonalny – bez  zarzutu – trochę jej Alcinę ratował.  Helene Schneiderman  jako Bradamante okazała się poprawna , ale nie dysponuje szczególnie uwodzicielską barwą głosu ani talentem aktorskim.  Panowie w tym spektaklu się nie popisali – właściwie obaj (Rolf Romei – Oronte i Michael Ebbecke – Melisso ) byli na granicy katastrofy – brzydkie , wymęczone głosy , brak giętkości koniecznej w baroku, brak porządnej góry skali. Za to Claudia Mahnke – Oberto (zaczynała wówczas swa karierę) dysponuje nie tylko pięknym, ciepłym głosem, ale też wie, jak się Haendla śpiewać powinno. Była też uroczo zagubionym chłopcem w wiecznym poszukiwaniu zaginionego ojca. Największą gwiazdą tej Alciny okazała się młoda wtedy brytyjska mezzosopranistka Alice Coote. I to pod każdym względem!  Głos wspaniałej urody, wyrównany we wszystkich rejestrach, ze znakomitymi ozdobnikami, klasa i elegancja. A jaka wspaniała kreacja aktorska! Coote jako Ruggiero była świetnym efebem, na początku namiętnym, potem lekko zdezorientowanym , troszkę perwersyjnym, miotanym masą sprzecznych uczuć. Brawo!




czwartek, 25 kwietnia 2013

The Magic Flute - flet prawdziwie czarodziejski




The Magic Flute” zamiast „Die Zauberflöte’ jest jak najbardziej na miejscu, bo to specjalna wersja spektaklu Julie Taymor, którą Met przygotowała dla swych młodszych widzów. Są pewne skróty (całość trwa 110 min.) i śpiewa się oraz mówi po angielsku. Niestety, tylko w tej formie Met zdecydowała się transmitować tę produkcję w 2006 , a przecież grano wtedy i wersję zasadniczą ( były to czasy, w których Jonas Kaufmann śpiewał Tamina – niby niezbyt dawno, ale jednak zmieniło się wiele). Muszę przyznać, że oglądanie tego powoduje u mnie, polskiego widza pozielenienie z mało chwalebnego uczucia zazdrości. Bo , po pierwsze  widać jak Met wychowuje sobie przyszłych operomaniaków – daje im po prostu to, co ma najlepszego lekko tylko przystosowując do dziecięcych możliwości percepcyjnych. I znów: dawno, dawno temu w Warszawie również grano dziecięcą wersje „Fletu” a Papagenem był wówczas nikomu nieznany  … Mariusz Kwiecień…. Zaś po drugie Met podarowała mi najwspanialszy „Flet”, jaki widziałam, i nie wydaje mi się, żebym miała szansę na coś równie pięknego jeszcze w tym życiu (a zamierzam jeszcze jakieś 40 lat pożyć). Nie wiem nawet, jak to wszystko adekwatnie opisać, bo mamy tu czystą magię. Taymor , posługując się bajecznymi kostiumami, elementami teatru kabuki, indonezyjskiego teatru cieni, wielkimi marionetami i świetnymi projekcjami video stworzyła prawdziwy cud. Poszła przy tym śladami Mozarta i Schikanedera  mieszając ze sobą wątki podniosłe i ludyczne, dokładając symbolikę zaczerpniętą z przeróżnych systemów filozoficzno-religijnych. Czasami znajdujemy się w pogodnej bajce – sądząc po śmiechach na widowni maluchy bawiły się świetnie, czasem  atmosfera staje się podniosła. Czyli jest dokładnie tak jak tego chcieli autorzy, co współcześnie nie zdarza się często. Trudno wymieniać poszczególne sceny i rozwiązania, ale kilka musze wspomnieć koniecznie. Trzy damy występują z pomalowanymi na czarno, niewidocznymi twarzami –  ich twarze to umieszczone na głowach nieco figlarne, nieco groźne maski. Daje to wspaniały efekt, podobnie jak balet niedźwiedzi poddających się grze Tamina.  A już scena walki Papagena z … latającym jedzeniem  (szczególnie agresywny jest homar i … talerz spaghetti)  przyprawia o ból brzucha ze śmiechu nawet dorosłych widzów. I tak bez końca. Strona muzyczna była OK. Największą gwiazdą okazał się bardzo utalentowany aktorsko ( także sprawny fizycznie – cóż za skoczność)  i nieźle śpiewający a w dodatku niezmiernie sympatyczny Nathan Gunn jako Papageno. Obok niego znakomita pod każdym względem Erika Miklosa – prawdziwie demoniczna , skrzydlata Królowa Nocy. Rene Pape – Sarastro (wyglądał troche jak legendarny Żółty Cesarz)  jak zawsze w tej roli, którą śpiewał już tyle razy był fantastyczny: emanował autorytetem, no i ten wyjątkowy, aksamitny bas. Bardzo dobrzy okazali się Tamino i Pamina: Matthew Polenzani i Ying Huang. Tyle, że miłosnej pasji trudno u nich szukać, o co nie można winić kompletnie ukrytego za charakteryzacją i rytualnym gestem tenora. Z licznych w tej operze postaci drugoplanowych warto zauważyć Monostatosa w smakowitym wykonaniu Grega Fedderly oraz tercet dam: Wendy Bryn Harmer, Kate Lindsey oraz Tamarę Mumford. Orkiestrę poprowadził, jak zazwyczaj znakomicie James Levine.






niedziela, 21 kwietnia 2013

"Verdi" Piotra Beczały - tekst nie dla fanów


Fan adoruje bezwarunkowo – jego ulubieniec jest cudowny nawet kiedy śpi, a co dopiero wtedy, kiedy śpiewa. Dlatego też, kochani wielbiciele Piotra Beczały  pomińcie ten tekst. Bo „Verdi” to  alarmująco niedobra płyta i jak dotąd  największe dla mnie zaskoczenie tego roku. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, chociaż, jak może wiecie fanką naszego tenora nigdy nie będę – ale szanuję go bardzo za styl, klasę i elegancję, cechy rzadko spotykane u jego kolegów. Niestety, niewiele z tych, wydawałoby się posiadanych na stałe przymiotów daje się zaobserwować na tym krążku. Zacznijmy od tego, co najlepsze, czyli od „Balu maskowego”. Riccardo Beczały prezentuje się znakomicie – bez histerii, przydechów, za to z piękną średnicą skali i  legato. Nieźle też wypadają: „Ingemisco” z ‘Requiem” i „Ah, la paterna mano”. I na tym koniec. Posłuchajcie, jak fatalnie brzmią tej płycie prawie wszystkie góry wydobywane ze ściśniętego gardła, jak afektowane są niektóre interpretacje. Posłuchajcie jak okropnie brzmi w wykonaniu Beczały aria z „Lombardczyków”, jak kiepsko fragment „Nieszporów sycylijskich”! Tu należy dodać, że też ku mojemu negatywnemu zaskoczeniu Łukasz Borowicz przyczynił się do tej porażki wydatnie, zaganiając niektóre arie na śmierć (z tych nieszczęsnych „Lombardczyków” uczynił walczyk zaiste upiorny w swej tandetności). I pewnie odłożyłabym CD żałując wydanych pieniędzy , gdyby nie dwa duety, które chociaż trochę poprawiły mi humor. Wiem oczywiście , że Azucena Ewy Podleś nie dla wszystkich jest akceptowalna, ale ja miałam dreszcze słuchając jej opowieści. Efekt dramatyczny nie do opisania. W tym wypadku trudno mieć bo Beczały pretensję, że wypadł blado – takiej Azucenie nikt by nie sprostał. Płytę zamyka duet przyjaźni (jakiej tam przyjaźni, to czyste wyznanie miłosne!) z „Don Carlosa”. Brzmi znakomicie,  nie jest jednakowoż zasługą jej głównego bohatera (finalna góra - naprawdę fatalna). To Mariusz Kwiecień uratował mu skórę śpiewając z prawdziwie arystokratyczną elegancją i autentycznym ciepłem  - ani śladu niepotrzebnych krzyków i napinania głosu ponad miarę, a przecież mu czasem się zdarza. Co dobrze to wróży jego debiutowi w partii Posy na scenie ROH za niecałe 2 tygodnie. Mam nadzieję, a nawet jestem pewna, że ta płyta jest tylko wpadką, o której za chwilę zapomnę. Słyszałam przecież pana Piotra już po jej nagraniu i żadnych niepokojących objawów nie było, wręcz przeciwnie. Zaś obu naszym gwiazdorom , którzy sądząc po zdjęciach dobrze się bawili w swoim towarzystwie życzę sukcesu na jutrzejszym wręczaniu International Opera Awards. Nawet, jeśli statuetki powędrują w inne ręce – oni na nie zasługują!


piątek, 19 kwietnia 2013

"Rusałki" różnogatunkowe





Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się , że obrzydliwość tego, co widziałam spowodowała porzucenie przeze mnie zamiaru obejrzenia spektaklu, mimo, że to co słyszałam było na niezłym poziomie, a sama opera jest przecież piękna. I nie chodzi tu wcale o brzydotę scenograficzną, chociaż ona również była dojmująca. W pierwszym akcie (dalej nie dotarłam) scenę podzielono na dwa piętra: wyższe to mieszkanie Jeżibaby i Wodnika (wyraźnie nominalnej pary), niższe … no właśnie , co to jest? Piwnica chyba, w której zamieszkuje Rusałka i Leśne Nimfy. Podłoga zalana  wodą, wszystko obskurne, po ścianach biegną grube rury. Do tego uroczego wnętrza schodzi Wodnik – obleśny facet w wyplamionym podkoszulku i swoją sceniczną aktywność zaczyna od… zgwałcenia dwóch Nimf i próby gwałtu na swej córce Rusałce. Z ciekawości dotrwałam do arii Rusałki, którą Kristine Opolais zaśpiewała bardzo dobrze, ale dalej już miałam siłę tylko na drugi akt… na podglądzie, bo chciałam usłyszeć cudną arię Wodnika.. W drodze do niej zobaczyłam Księcia (Klaus Florian Vogt) konsumującego na stojąco swój związek z Obcą Księżniczką (Nadia Krasteva).Kiedy dotarłam do oczekiwanego momentu  stwierdziłam z lekkim przestrachem, że Wodników mamy już dwóch – jeden śpiewał i sądząc o wyrazie twarzy nadal był wredny, drugi miał chyba stanowić ucieleśnienie marzeń Rusałki o prawdziwym ojcu: przytulał, po główce głaskał, na rękach nosił. Gunter Groissbock  brzmiał niezwykle przyjemnie, ciepło (jak partytura nakazuje) i rozdźwięk między tym, co widać a tym , co słychać był bolesny. Wszyscy znamy przerażającą historię Nataschy Kampusch , ale takie jej wykorzystanie nie dość, że stanowi grube nadużycie, to jeszcze świadczy o dojmującym braku fantazji i pomysłu reżysera. Koniunkturalna próba podłączenia operowej fabuły do bieżących wydarzeń ma zazwyczaj tylko jeden cel: wywołanie medialnego szumu i skandalu. Mam tego serdecznie dość! 



  Wyciągnęłam więc płytę ze spektaklem Opery Paryskiej, który nieco pozwolił mi ochłonąć po tej ohydzie. Robert Carsen stworzył spektakl magiczny: sama poezja i wdzięk. Można, tylko trzeba mieć wyobraźnię i pokorę wobec dzieła, a Martin Kusej,  twórca monachijskiego paskudztwa chyba nawet nie zna tych słów. W Paryżu również w pierwszym akcie była woda symbolizująca ojczyste głębiny Rusałki , ale jak inaczej to wyglądało!  Mimo, że kostiumy były współczesne i wnętrza też. Znakomicie udało się Carsenowi podkreślić opozycję dwóch światów bohaterki, ich podobieństwa i jednoczesną nieprzenikalność. Bardzo to wszystko było piękne od strony wizualnej, zalane bursztynowym światłem w akcie I i II , mroczne i groźne w III. Nie znam  „Rusałki” na tyle dobrze, żeby oceniać dyrygenta, ale muzyka płynęła miękko i jakoś tak świetliście (oczywiście nie bez akcentów dramatycznych we właściwych chwilach) , więc chyba James Colon był dobry. Wokalnie produkcja udała się nad wyraz. Renee Fleming uczyniła z Rusałki swą koronną rolę, i nie bez powodu. Niech tam sobie, kto chce zarzuca jej manieryzm  , dla mnie ona 10 lat temu była w tej partii nie do pobicia: ciepły, okrągły, liryczny głos,  wspaniałe legato, w jej śpiewie jest przestrzeń, oddech. Poza tym jako postać sprawdza się również., jej nobliwe , szlachetne aktorstwo i takaż uroda tu akurat są idealnie na miejscu. Zdecydowanie mniej podobał mi się Sergej Larin jako Książe – był wyblakły głosowo, nudny interpretacyjnie i tylko na jego powierzchowność trudno by narzekać (Vogt w kusejowym horrorze wyglądał gorzej, ale śpiewał o niebo lepiej). Franz Hawlata był nobliwym Wodnikiem , aria zabrzmiała dobrze, choć Groissbock ma bogatszą barwę. Larissa Diadkowa zdecydowanie podobała mi się jako Jeżibaba ( groźna, władcza, ale z momentami złagodnienia), a Eva Randva jako ironiczna Obca Księżniczka.W nadchodzącym sezonie w Met "Rusałkę" wystawia Otto Schenk - znaczy będzie po bożemu. Renee Fleming pożegna się z rolą w towarzystwie Piotra Beczały - Księcia. Warto będzie pójść do kina.




poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Poliuto, męczennik prawie współczesny



Niezmiernie byłam ciekawa kładąc tę płytę na talerzu odtwarzacza jak też Marco Spada dał sobie radę z tematem . Czasy takie, że myśl iż mógłby po prostu zrobić spektakl po bożemu, tak jak librecista (Cammarano z inspiracji Corneille’m) napisał nawet nie przyszła mi do głowy. Nie przyszła słusznie, bo Spada przeniósł akcję do Rzymu faszystowskiego , co wyglądało  ładnie, ale bezsensownie – bo cóż w tych latach mogli robić chrześcijańscy męczennicy i dlaczego faszystowscy dygnitarze czcili Jowisza? A bo tak? Na to wygląda. Najwyraźniej poszukiwanie sensu jest tu mało celowe i trzeba się skupić na wizualnej atrakcyjności produkcji. Rzeczywiście scenografia i kostiumy są bardzo eleganckie i w swej prostocie wyrafinowane. Alessandro Ciammarughi jednak także nie powstrzymał się przed zastosowaniem elementów tyleż efektownych, co istniejących tylko jako sztuka dla sztuki .Wielki posąg Jowisza leży sobie na przykład jako tło zupełnie niepotrzebne w scenie odbywającej się teoretycznie w salonie rzymskiego domu . Leży tylko po to, by w obrazie następnym można było go podnieść do pozycji pionowej i uznać za element ołtarza Jowisza. Na którym, bliżej widzów stoi już inny, mniejszy.  Za kostiumy powinna być panu  Ciammarughi wdzięczna głównie Paoletta Marrocu , jako, że pozwoliły się zaprezentować od wizualnie najlepszej strony – brunetka w typie Callas w czarnych spodniach, białej bluzce i czarnej pelerynie prezentowała się olśniewająco. Ale – to koniec pozytywów w jej przypadku, bo aktorstwo nieznośnie minoderyjne zaś to, co wydobywało się z jej ust bardzo mnie zdumiało.  Zwłaszcza, że cavatinę w jej wykonaniu publiczność nagrodziła serdecznymi brawami , zaś ja miałam wrażenie, że Marrocu nie tylko jest stale obok muzyki, ale też całkiem rozmija się z właściwą tonacją. Mam dwie koncepcje rozwiązania tej zagadki: albo mnie gwałtownie pogorszył się słuch ( mam jednakowoż nadzieję, że to nie to), albo Marrocu jest faworytką audytorium z Bergamo, kochaną niezależnie od jakości swej pracy. Gregory Kunde nigdy do moich ulubieńców nie należał , ale trzeba przyznać , że jeśli przymknąć uszy na trochę napięte górne dźwięki od strony technicznej śpiewał bardzo dobrze  . Moje zastrzeżenia budzi interpretacja, za którą jednak część winy ponosi dyrygent. Wielka aria zazdrości w drugim akcie powinna pulsować emocjami, a  Kunde jako Poliuto krzywił twarz w histerycznym grymasie, ale brzmiało to jakoś letnio. Ogólnie jednak zaliczam tenora do atutów produkcji pomimo jego nadekspresyjnego aktorstwa. Wokalnym triumfatorem wieczoru pozostał jednak zdecydowanie nieznany mi dotąd  Simone del Savio, baryton liryczny obdarzony ciepłym, pięknym głosem i całkowicie świadomy tego co natura mu podarowała, a czego  nie. Nie napinał się, nie krzyczał, ładnie, szlachetnie frazował – więcej takich , proszę! Zwłaszcza, że od strony aktorskiej del Savio wykazywał ten sam umiar, niepozbawiony jednak emocji. Należy także oddać sprawiedliwość artystom drugoplanowym : bas Andrea Papi i – zwłaszcza tenor Massimiliani Chiarolla wypadli naprawdę świetnie. Dyrygent Marcello Rota, pomimo uprzednich uwag zrobił na mnie dobre wrażenie – umiał wydobyć z muzyki prawdziwie włoską kantylenę, co dziś niestety jest rzadkością.





czwartek, 11 kwietnia 2013

Flet nieszczególnie czarodziejski



Życie jest pełne rozczarowań…  Pozwalam sobie na podzielenie się ową, jakże głęboką refleksją po obejrzeniu „Czarodziejskiego fletu” z Festspielhaus Baden Baden. Na papierze wszystko wyglądało tak pięknie – Simon Rattle i Berliner Philharmoniker w kanale orkiestry, Pavol Breslik i Kate Royal w obsadzie, Robert Carsen odpowiedzialny za reżyserię. W skrzeczącej rzeczywistości był to chyba najnudniejszy „Flet” jaki oglądałam (naczytawszy się uprzednio wskazówek jak należy interpretować to, co widzę – jako rozważanie o śmierci). Mam wrażenie, że Carsen, będący jednym z nielicznych reżyserów operowych którym ufam po prostu nie miał na ten utwór żadnego pomysłu, więc zrobił to, co zazwyczaj -  teatr w teatrze. Nadal uważam, że z tym panem jestem bezpieczna – nie pokazał mi niczego obrzydliwego ani bulwersującego. Problem w tym, że także niczego nowego czy choćby interesującego.  Przy pierwszych dźwiękach uwertury tłum postaci pojawia się na scenie i otacza orkiestron (akcja toczy się także bezpośrednio przed nosem widzów – ile razy to już u Carsena widzieliśmy?) , układa się wygodnie i z ciekawością obserwuje artystów. Bo to oni są źródłem muzyki, z której bierze się prawdziwe życie sceniczne i cała magia. . Akcja właściwa toczy się bez ekscesów w pozbawionej scenografii (trudno za taką uznać projekcję lasu w różnych porach roku) pustej przestrzeni. Królowa Nocy uwodzi Tamina, który nie ma nic przeciwko temu , czarodziejski flet podany jest jednej z dam przez kogoś z orkiestry, Papageno wygląda jak skrzyżowanie backpakersa z bezdomnym, trzej chłopcy jak to chłopcy – graja w piłkę nożną  … Ot, takie szczególiki, które niczego nie zmieniają. Także i to, że Królowa Nocy okazuje się być sojuszniczką Sarastra nie wydaje się rewelacją. Od strony muzycznej  jest niespecjalnie ekscytująco. Berliner Philharmoniker debiutowali w „Czarodziejskim flecie” – nie do uwierzenia, a jednak prawda. Zabrzmiało to przyzwoicie, ale  trochę blado, a Simon Rattle wcale im nie pomógł. On również, moim zdaniem nie ma osobistej koncepcji dzieła. Śpiewacy zrobili swoje : Pavol Breslik był przyjemnym dla oka i ucha Taminem, ale gdzież mu tam do Kaufmanna (doskonale pamiętam jego Tamina, mięsistego i heroicznego bardziej niż zwykle) czy nawet Polenzaniego. Kate Royal nie mogła się zdecydować, czy chce być liryczna i słodka czy raczej dramatyczna. Anna Durlovski (fakt, że sprowadzona na nagłe zastępstwo za Simone Kermes) pokrzykiwała dziarsko, co nie ukryło niezbyt precyzyjnej i ostrej koloratury.Trio dam obsadzone zostało luksusowo: Massis, Stutzmann i lady Rattle czyli Kozena , ale głosy śpiewaczek nijak chciały współbrzmieć. Przyznaję , że Dymitr Ivaschenko u mnie był przegrany już na starcie – z Rene Pape nie ma on szans żadnych, choć rolę wykonał porządnie. Michael Nagy zagrał bardzo sympatycznego Papagena, ale barwa jego nie podoba się ani trochę (rzadko to mi się zdarza z barytonami). I tak to „Flet”  okazał  się niezbyt czarodziejskim.




poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Pożytki z handlu zagranicznego - "Sadko"



W ramach poszerzania horyzontów i poznawania dzieł w Polsce właściwie niewystawianych zdecydowałam się obejrzeć 20-letnią już produkcję Teatru Maryjskiego – „Sadko” Rimskiego-Korsakowa. Spektakl tak sędziwy, bo nawet w Rosji niezbyt często ta „opera o pożytkach z handlu zagranicznego”  trafia na scenę . Przyjaźnie uszczypliwy termin zapożyczony od Piotra Kamińskiego to prawda, ale nie całkowita. Bo libretto, oparte na tradycyjnej opowieści o czynach dwunastowiecznego barda zawiera także mnóstwo elementów baśniowych, z najważniejszym w postaci pobytu bohatera w podwodnym królestwie i małżeństwem z córką Króla Oceanów. Taki mariaż nie mógł się utrzymać (zwłaszcza, że był … bigamiczny, bo Sadko miał na lądzie wierną małżonkę) i w finale wodna królewna zamieniła się w rzekę, która umożliwi rodzinnemu miastu męża , Nowogrodowi transport towarów. Muzykę napisał Rimski- Korsakow bardzo piękną, niezmiernie melodyjną i utrzymaną w klimacie rosyjskich pieśni ludowych . Zwłaszcza słuchając chórów , bardzo tutaj licznych miałam wrażenie, że przecież doskonale to znam. Poza dużą ilością scen zbiorowych cechę charakterystyczną tej opery stanowi niemal całkowity brak recytatywów. A sama produkcja? Okazała się tradycyjna w stopniu, który nawet w 1993 roku musiał być pewnego rodzaju demonstracją. Dziś zapewne rzecz całą na przykład Dymitr Czerniakow  załatwiłby bardzo prosto sadzając bohaterów przy stole w pomieszczeniu możliwie ciasnym i nieefektownym. Ale już wtedy, gdy o regietheatrze w Petersburgu jeszcze nie słyszano malowane morze i niebo, plastykowe łabądki  i kostiumy (zwłaszcza u Gości) jak z dziecięcych rysunków miały specyficzny wdzięk ramoty. Efekt ten, zapewne pożądany, został osiągnięty sporym kosztem , bo produkcja to niebywale wystawna i kolorowa. I doprawdy nie wiem, czy jestem już tak zepsuta latami obcowania z regietheatrem, że nie potrafię się z czystą radością zatopić w czymś do tego stopnia archaicznym. Przecież na przykład „The Enchanted Island” w Met także wystawiono środkami tradycyjnymi (wyjąwszy nienamolne projekcje wideo) , ale tam nad sceną nie unosiły się stada moli.  Na domiar złego aktorstwo w „Sadko” też trąci nie tyle myszką, co olbrzymią myszą – wystarczy popatrzeć na postaci udające muzyków, brr. Dlaczego mimo wszystko szczerze ten spektakl polecam?  Przede wszystkim ze względu na wspaniałą, znakomicie wykonana muzykę. Gergiev, za którym nie przepadam tu, na własnym terytorium sprawdza się idealnie , pod jego ręką orkiestra gra jak natchniona. A śpiewacy? Trudno by znaleźć dorównujący im zestaw – piękne głosy , świetnie prowadzone , wyczucie stylu i słyszalna radość śpiewania. Poza Vladimirem Galuzinem – Sadko , Marianną Tarasową – Lubawa i  Łarissą Diadkową - Nieżata wyróżniłabym dwóch (z trzech) protagonistów najważniejszego , czwartego obrazu opery : Bułata Minjelkiewa – Wiking i Aleksandra Gergałowa – Gość Wenecki.  Ten ostatni miał zresztą do wykonania najbardziej przebojowy i często przez rosyjskich barytonów nagrywany numer – pieśń Gościa Weneckiego, którą polscy melomani mogą pamiętać ze świetnego nagrania Mariusza Kwietnia (na płycie „Slavic Heroes" nominowanej do International Opera Award). Poza zaś walorami czysto dźwiękowymi, pewnie niektórym ta ostentacyjnie teatralna i niezmiernie barwna produkcja ma szansę się spodobać.

piątek, 5 kwietnia 2013

Bel raggio



Druga płyta Aleksandry Kurzak dla firmy Decca ma być jej swoistym pożegnaniem z repertuarem od którego powoli odchodzi. Głos dojrzał, rozwinął się, pociemniał i za chwilę Rossini będzie już dla niej przeszłością.  Dopóki jednak  karkołomne popisy koloraturowe są jeszcze w zakresie jej możliwości (choć pewne trudności już słychać) Kurzak zafundowała sobie i nam „radość rozstania” (pamiętacie cudowną piosenkę Starszych Panów?).  Miałam ze słuchania sporo frajdy, mimo, iż początek lekko mnie zaniepokoił. „Bel raggio lusinghier”  pamiętam w wykonaniu Caballe, Ricciarelli, Anderson i wszystkie one zostawiły mi znakomite wspomnienia. Kurzak jest , jak mi się wydaje nieco jeszcze do tej roli za młoda, jej Semiramida brzmi momentami za ostro, odrobinę poskrzypuje.  Za to  Matilda z włoskiej wersji „Wilhelma Tella” to już był dla moich uszu sam miód , zwłaszcza piękne piana wykonane zaokrąglonym, aksamitnym głosem. To samo można powiedzieć o bohaterkach „Tancreda”, „Oblężenia Koryntu” (mój ulubiony „numer” na tym krążku) czy „Elżbiety, królowej Anglii”. Jedyne odległe polonicum (trzeba się było sporo naszukać, żeby w twórczości Rossiniego takie znaleźć) czyli „Zygmunt” nie robi szczególnego wrażenia, co zupełnie nie jest winą śpiewaczki – to po prostu niezbyt udane dzieło. Matylda di Shabran, która była pierwszym właściwie wielkim międzynarodowym sukcesem Kurzak i startem do światowej kariery stanowi doskonałe świadectwo jej oddalania się od tego typu repertuaru – koloratury nie są już tak precyzyjne a dźwięk nabiera momentami nadto kanciastego brzmienia. Za to Rosina nadal odpowiada temperamentowi komediowemu gwiazdy – słuchając jej w duecie z Figarem oczyma duszy doskonale widzi się tę sprytną bestyjkę. Szkoda tylko, że Artur Ruciński jest tak niedobrym Figarem , z ciężką , nieakceptowalną koloraturą. Doskonale rozumiem chęć zaproszenia naszego barytona (widniejące na okładce określenie basbaryton wydaje mi się mocno na wyrost), ale ta akurat rola zupełnie mu nie leży. Jego udział w „Turku we Włoszech” jest czysto symboliczny, ale smaczny.  Fiorilla to znów jedna z koronnych partii Kurzak i jej fragment doskonale zamyka tę , mimo pewnych zastrzeżeń udaną płytę. Udaną także dzięki towarzyszącej solistce orkiestrze – Sinfonia Varsovia pod batutą Pier Giorgio Morandiego  gra lekko i potoczyście .
Na marginesie: ciekawi mnie jak też Decca zdoła utrzymać promienne tytuły płyt swej wiodącej sopranistki – jej obecne role : Lucia, Violetta czy Marguerite (w  bliskich planach) do najradośniejszych nie należą. 

https://www.youtube.com/watch?v=XCw_kYOnoCc




wtorek, 2 kwietnia 2013

"Turandot" u siebie, "Turandot" w Metropolis




 Moda na wystawianie oper w autentycznych lokalizacjach zaczęła się od „Toski", której „prawdziwość” posunięto do absurdu, każąc Placidowi Domingo i Catherine Malfitano śpiewać o czwartej rano, a widzom wstać o tej porze. Potem była „Aida” pod piramidami, „Traviata” w Paryżu , ostatnio zaś Rigoletto” w Mantui. „Turandot” zrobiono w 1998 roku ( zarejestrowano później)  inscenizację powierzając Zhangowi Yimou. Ogląda się to bardzo dobrze, ale z ambiwalentnymi uczuciami – bo z jednej strony Zakazane Miasto jest scenerią bajkową, ale z drugiej opera to świat ostentacyjnie wręcz umowny i realne  otoczenie wcale jej nie pomaga. Zwłaszcza, że poza historycznymi budynkami  mamy tu jeżdżące pawiloniki-dekoracje, co daje dziwaczną mieszankę fikcji z autentykiem. Europejscy wykonawcy ucharakteryzowani na Chińczyków wśród rodowitych mieszkańców Państwa Środka (tancerze, część chóru, statyści) wyglądają idiotycznie! Te wątpliwości dopadały mnie podczas oglądania dość często. Trzeba jednak przyznać, że kto jak kto, ale Zhang  potrafi operować tłumem i robi to naprawdę świetnie a jego upodobanie do scenograficznego przepychu tu akurat jest całkowicie na miejscu ( no i te niesamowite kostiumy).Mam wrażenie, że doświadczenie z „Turandot” Zhang wykorzystał przy kręceniu „Cesarzowej” – ów  film zawsze wydawał mi się operą bez śpiewu. Z solistami  było trochę kłopotów. Giovanna Casolla  - Turandot śpiewała dobrze, choć jej wiek i powierzchowność w żadnym razie nie uzasadniały seksualnego szału Calafa. Sergiej Larin dysponował (zmarł przedwcześnie w 2008) przyzwoitym głosem używanym w miarę sensownie, ale niestety jego aktorstwo nie istniało a rzeźby w otoczeniu miały znacznie więcej wyrazu niż on. Na tym tle znakomicie pod każdym względem wypadła Barbara Frittoli – ładny sopran, wówczas jeszcze liryczny, odpowiednia powierzchowność, właściwa interpretacja. Podobali mi się też  Ping, Pang i Pong. Carlo Colombara jako Timur został groteskowo ucharakteryzowany na starca, co w niczym nie pomogło – i tak nie wyglądał na ojca Larina a brzmiał tak sobie. Zubin Mehta jest dyrygentem wyjątkowo przewidywalnym -  w muzyce włoskiej zazwyczaj prowadzi orkiestrę precyzyjnie , acz bez fajerwerków i tak było tym razem.






 

Spektakl Davida Pountneya z Salzburga zadziwił mnie i pozostawił pełną ambiwalentnych uczuć. Nie spodziewałam się ujrzeć Metropolis 2, chociaż niewątpliwie ma to swoją wewnętrzną logikę. Cesarz i jego herold są tu tylko wielkimi marionetami składanymi zresztą na naszych oczach , co robi dość makabryczne wrażenie. Podobnie jak tercet cesarskich ministrów poruszający się mechanicznym krokiem i zamiast rąk mający a to obcęgi, a to korkociąg. Poza nimi scenę zaludnia (chociaż może to nie jest akurat właściwe słowo) tłum podobnie skonstruowanych postaci. Turandot śpiewa swoją morderczą arię stojąc na wysokości drugiego piętra na malutkiej platformie, tak, aby było widać tylko okrywający ją złoty płaszcz kosmicznej długości. W tych warunkach nie dziwota, że Gabriele Schnaut brzmiała dość krzykliwie: też bym krzyczała , ze strachu. Po odgadnięciu przez Calafa ostatniej zagadki platforma zjeżdża w dół by zrównać boską księżniczkę z innymi ludźmi. Dość wytarta metafora (cały ten spektakl, aczkolwiek efektowny wydaje się taką być)  Po śmierci Liu (która popełnia samobójstwo rękami rywalki) na scenie pozostają jej zwłoki, które w czasie duetu Turandot obmywa. W takich okolicznościach nagłe przebudzenie jej uczuciowości i seksualności staje się okrutną perwersją, chociaż reżyserowi chyba nie o to chodziło. W finale mamy tłum już normalnie wyglądających ludzi ustawionych w pary,  przytulających się romantycznie i czule – a na ich czele Calafa i Turandot (nastepna klisza) .  Od strony wykonawczej mam poważne zastrzeżenia nie tylko do Schnaut. Botha ma posturę Pavarottiego i matowy, brzydko brzmiący głos a na dodatek zdecydowanie nie był w formie. Taki Calaf nie rozgrzałby serca i ciała! Cristina Gallardo-Domas śpiewała poprawnie, jest też dobrą aktorką, ale jej wibrato trochę przeszkadza. Gergiev jak to on – próbuje być równie skutecznym dyktatorem jak Karajan, ale niestety, nie ma nawet połowy talentu i specyficznej charyzmy starego satrapy. W związku z tym prowadzi orkiestrę przede wszystkim głośno, momentami wręcz hałaśliwie gubiąc wszelki detal. Tradycyjnie wykonywaną w niedokończonym przez Pucciniego fragmencie  muzykę Franco Alfano zastąpiono nowo napisaną przez Luciano Berio. Nie mnie oceniać czy lepsza, ale chyba wolałam Alfano.